Rozdział XI. Czego to czlowiek nie robi, byle tylko nie uczyć się do sesji... 2010-06-10 21:59:08

Przemko, choć nie należał do ludzi specjalnie lotnych, doskonale rozumiał, dlaczego wyruszyli do walki. Uważnie słuchał ostatniego kazania i pojmował, w jakim celu opuścił ciepłe i wygodne koszary i stał teraz na warcie przed obozowiskiem polskich wojsk. Był całkowicie przekonany, że walka, w której wkrótce miał nadzieję wziąć udział, jest jak najbardziej słuszna. Powiedziano mu, że Sowogórcy muszą umrzeć, bo bezczeszczą imię Pańskie. Oddają się szatańskim uciechom, sławią czterogłowego bałwana, w pogardzie mając łaskę Chrystusa. Dlatego też, z czego Przemko doskonale zdawał sobie sprawę, maszerował ze swoim stuosobowym oddziałem wiedzionym przez dwóch inkwizytorów i wkrótce połączy się z dwoma innymi oddziałami. A potem z jeszcze kilkoma i po zebraniu wielkiej armii położą kres pogańskiej zarazie.

            Przemko czuł się szczęśliwy i dumny z faktu, że jest polskim żołnierzem. Najwaleczniejszym na świecie. Żołnierzem, który ma święty obowiązek walczyć z wrogami Kościoła. Wiedział, że dzięki temu odpuszczone mu zostanie to, co robił w stodole z córką Kajetana, która nie była jego żoną, a także fakt, że w postny dzień razem z przyjaciółmi z oddziału jedli mięso podczas alkoholowej libacji. Był szczęśliwy, że jego dusza będzie oczyszczona przed spotkaniem z Bogiem.

            Tym bardziej nieszczęśliwy był fakt, że Przemkowi właśnie poderżnięto gardło.

 

- Kolejny zdjęty – szepnęła cicho postać odziana w czerń, ocierając sztylet z krwi.

- Pozostali są przy ogniskach – zauważyła następna postać, która wyrosła spod ziemi. Prócz czerni, jej sylwetkę pokrywał mech, drobne gałązki i liście. Sprawiało to, że była ledwo dostrzegalna w mroku lasu.

- To zaczynamy. – rozkazała zimno jeszcze jedna postać w kapturze, a w jej dłoniach pojawiły się dwa miecze, krótki i długi.

- Sześciu z łukami na obrzeża, trzech ze mną w środek. Nie brać jeńców i uważać na inkwizytorów.

            Dziesięć postaci bezszelestnie rozbiegło się, gdy każda znała już swoją rolę w nadciągającej jatce.

 

 

            Zaskoczeni żołnierze reagowali różnie. Krzyczeli, zamierali w przerażeniu, nieskładnie zbierali się do walki, lub próbowali uciekać, patrząc, jak w blasku obozowych ognisk pojawiły się odziane w czerń i gałęzie postacie i mordowały ich kolegów. Zdawało się, jakby sam las przyszedł, by ich pozabijać.

            Żołnierze, którzy zdołali wstać i podnieść jakąkolwiek broń, walczyli bezładnie i szybko umierali. Większość nie miała na sobie hełmów ani pancerzy, toteż nic nie chroniło ich przed ostrzami i nadlatującymi znikąd strzałami.

            Pierwszy szok minął i inkwizytorzy z wolna zaczynali panować nad powstającym chaosem. Krzykiem zwołali podwładnych w większe grupy, osłaniając się wzajemnie. Coraz więcej żołnierzy zdołało pozbierać oręż i tarcze. Dwóch inkwizytorów stało wewnątrz utworzonego z nich kręgu i nawoływało kolejnych. Nie tracili zimnej krwi.

           

 

            Mathiis wyjął z przybocznej sakwy garść proszku sporządzonego przez elfickich szamanów i zgasił kolejne ognisko. Ciemność wokół pogłębiała się, jednak jemu to nie przeszkadzało. Zabójcy, nim wyruszyli do ataku, wtarli sobie w oczy specjalną maść. Świat stał się szary, oczy elfa utraciły zdolność do postrzegania kolorów, jego wzrok potrafił jednak przebić mrok na odległość kilkunastu kroków.

 

 

            Żołnierze, którzy nie zdołali skupić się w większej grupie, ginęli od ciosów bronią lub strzał. Ogniska wokół gasły w tajemniczy sposób i w panujących ciemnościach nie sposób było uciec przed śmiercią.

- Do ściany, psy! – rozdarł się inkwizytor – do kręgu! Zakładka z tarcz, dalej!

- Pilnować ognia w środku, osłaniać się wzajemnie! – wtórował mu drugi.

            Zewsząd nadlatywały strzały, jednak nie przebijały się przez zasłonę z tarcz. Inkwizytorzy zdołali naliczyć około sześćdziesięciu ludzi wokół siebie, którzy tworzyli zwarty krąg wokół ostatnich dwóch ognisk.

            Poza kręgiem nastała cisza. Martwa i złowroga. Ucichły krzyki i wrzaski zabijanych. Ustał świst strzał. Nie słyszeli niczego. I to było najbardziej przerażające.

 

- Kręgu nie ruszymy – zauważył smętnie jeden z elfickich zabójców. – Nie w dziesięciu.

- Nie ruszymy. – zgodził się Mathiis, patrząc na skupioną wokół ognia gromadę ludzi. – Szkoda, że nie sięgnęliśmy inkwizytora.

- Co w takim razie robimy?

- Wycofujemy się – zarządził elf o krótko ogolonych rudych włosach. – Odwiedzimy ich znów za jakiś czas. Jak zaczną myśleć, że już nic im z naszej strony nie grozi.

- Jak każesz.

- A tymczasem zajmijmy się tylko śledzeniem poszczególnych grup. I zabijajmy, kogo się da, nim się skupią w większe oddziały. Gdy dotrą do Sowiejgóry, mają się bać. Mają być niewyspani, głodni i wystraszeni. Mają mieć usta pełne opowieści o leśnych mordercach. Mają rozumieć, że walka z nami nie ma sensu. I, co najważniejsze, mają bać się odejść od grupy nawet na chwilę, aby się wysrać.

- Co z drugim i trzecim oddzialem ghaataka, tym od Ainona i Androsa?

- Mam nadzieję, że pójdzie lepiej, niż nam.

 

 

 

 

            Mistrz Marcin nie zmrużył oka. Mało sypiał, zarówno z powodu wrzącej w nim wściekłości, jak i przez wzgląd na możliwą zasadzkę ze strony wroga.

            Wiódł ze sobą setkę konnych i trzystu piechurów, za trzy dni miał dotrzeć do punktu zbiorczego i spotkać się z resztą wojsk. Gościniec wiódł przez las, inkwizytor podjął jednak ryzyko, nie chcąc nadkładać kolejnych trzech dni drogi. Był przygotowany na najgorsze. Właściwie to pragnął walki. Odkąd umknął mu jego najgorszy wróg, Łukasz, mistrz Marcin marzył o okazji, do wyładowania wściekłości w walce. Wręcz pragnął, aby już tej nocy spotkać nieprzyjaciół. Był bliski tego, aby się o to modlić.

 

 

- Atakować tak dużą grupę? – Ainon, czarnowłosy elf o ostrych rysach, nie był przekonany.

- Mają tylko jednego inkwizytora. – rzekł z uporem Andros, brat bliźniak Ainona. – A nas jest aż dwudziestu. Każdy z naszych zabójców wart jest setki zwykłych wojowników w polu.

- Właśnie dlatego – odparł z przekąsem pierwszy bliźniak – nie chcę ich tracić w głupiej walce.

- Zawsze byłeś tchórzem – odezwał się kobiecy głos.

            Ainon spojrzał na elfkę z nienawiścią. Doskonale zdawał sobie sprawę, że Lotiel była wpatrzona w jego brawurowego brata, jak w obrazek i kochała go bardziej za każdym razem, gdy dokonywał kolejnego szalonego czynu, na który sam Ainon nigdy by się nie poważył.

- Milcz, vez’a.

- Jak śmiesz… - fiołkowe oczy elfki zwęziły się groźnie.

- Bracie – rzekł spokojnie Andros – Jeszcze raz ją obrazisz…

- Milczcie oboje! – prawie krzyknął Ainon – nie pozwolę wysłać dwudziestu zabójców na śmierć.

- Dziesięciu. – wtrącił Andros. – Nie zapominaj, że jesteśmy równymi dowódcami. Ty siedź tu sobie, ze swoimi tchórzami, a cały zaszczyt przypadnie mnie i moim podwładnym. Co wy na to? – spojrzał po milczących dotychczas postaciach stojących dookoła – Chcecie iść ze mną i wymordować całe to ludzkie robactwo?

            Ośmiu elfów i jedna elfka wydali z siebie pomruk aprobaty.

- Zatem postanowione – stwierdził Andros, dumny ze swoich zabójców – Wrócę i przyniosę ci krzyż tego inkwizytora. Do zobaczenia, mój rozsądny braciszku. – rzucił pogardliwie i zniknął w mroku.

            Ainon nie odezwał się.

 

 

 

 

            Pierwsze strzały spadły na strażników pilnujących koni, kolejne na ludzi przy dwóch najbliższych ogniskach. Odziane w czerń postacie były widoczne tylko przez moment, zanim nie zasypały ognia jakimś proszkiem. Potem zlały się z ciemnością.

            Mistrz Marcin dobył miecza i skrzyknął wokół siebie ludzi. Kolejne ogniska znikały w szybkim tempie, jednak inkwizytor miał wrażenie, że napastników jest wyjątkowo mało.

- To elficcy zabójcy! Wszyscy do broni! Pilnować ognisk!

           

            Andros rozdawał kolejne ciosy mieczem i szablą, zabijając zdezorientowanych ludzi. Doskonale widział w ciemnościach i z łatwością unikał wymierzanych nieco na oślep kontrataków. Rozkazał swoim zabójcom rozproszyć się. Był pewien, że zbiorą krwawe żniwo, nim zaspani Polacy otrząsną się i zaczną sprawnie bronić. Czym prędzej parł w kierunku inkwizytora, znacząc swój szlak trupami.

 

 

            Mistrz Marcin dostrzegł jedną sylwetkę tuż na granicy widoczności rzucanej przez blask ogniska. Na czele dziesięciu ludzi rzucił się do ataku.

- Trzymać formację, osłaniać plecy!

            Mimo wszechobecnego wrzasku, usłyszał charakterystyczny syk nadlatującej strzały i płazem miecza osłonił się przed pociskiem.

            Jeden z żołnierzy padł z rozciętym gardłem, a pozostali zwarli szereg, tylko po to, by stracić kolejnego tarczownika, któremu nikt nie osłaniał pleców.

- Krąg! – wrzasnął wściekle inkwizytor. – Włócznicy, osłaniać!

           

 

            Andros odbiegł, okrążył skupionych wokół ognia ludzi i zaatakował z innej strony. Sprawnie ominął zastawę i wbił sztych miecza prosto w oko, zgrabnie omijając nosal chroniący twarz polskiego żołnierza.

            I wtedy uderzył w niego taran.

- Brać go! – ryknął inkwizytor, cofając dłoń po wyprowadzeniu kinetycznego ciosu.

            Andros nie zdążył się podnieść, do ziemi przygwoździły go trzy włócznie, a na głowę i korpus spadło pięć toporów.

            Elf nie słyszał okrzyków radości, nie czuł też śliny spadającej na jego ciało. Nie czuł, jak włócznicy unoszą jego zwłoki w górę, jakby chcieli je pokazać całemu światu.

            Nie czuł już nic.

           

            Mistrz Marcin pomógł jeszcze przy zabiciu innych pięciorga zabójców, ogarniając całe pole bitwy odnotował śmierć kolejnych trzech. Nie miał pojęcia, ilu jego własnych ludzi zginęło, miał jednak świadomość, że udało mu się pokonać prawie całe komando zabójców. Wiedział, że atakują w dziesiątkę. Brakowało jeszcze tylko jednego.

           

Lotiel, dzierżąca dwie szable, dostrzegła niesione na włóczniach ciało ukochanego. Słyszała, że zginęli też pozostali. Jej serce zalała rozpacz, a chwilę później zawrzał w nim gniew. Postanowiła za wszelką cenę uśmiercić chociaż inkwizytora, nie dbając o to, co nastąpi później.

 

Mistrz Marcin spojrzał uzbrojoną w bliźniacze ostrza sylwetkę.

- Nie atakować! – krzyknął na rwących się do ataku podwładnych – Ten jest mój.

            Zabójca biegł na niego szybko, inkwizytor nie zdążył skupić psionicznej energii, musiał osłonić się mieczem przed szybkimi i wściekłymi ciosami.

            Początkowo zaskoczony prędkością i zaciekłością ataku, w końcu zdołał zwiększyć dystans i wykorzystać przewagę dłuższego miecza. Zmusił zabójcę do działań obronnych. Jego atakom wtórował gorący doping żołnierzy.

 

 

Lotiel nie walczyła z inkwizytorem po raz pierwszy, zauważyła jednak, że ma przed sobą przeciwnika znacznie sprawniejszego, niż inni, których zabiła. Oceniwszy jego bogato haftowaną tunikę i bogato zdobiony krzyż na szyi oceniła, że nie walczy z typowym przedstawicielem Inkwizycji. Wiedziała już, że to mistrz. Jego umiejętności walki zdawały się to potwierdzać.  

Służyła w oddziale ghaataka dopiero od roku i nie miała jeszcze okazji zmierzyć się z przeciwnikiem tego pokroju. Żałowała tylko, że Andros nie zobaczy, jak tuż przed śmiercią pokonuje mistrza. Jej ukochany nigdy żadnego nie zabił.

 

Inkwizytor dorównywał elfce zręcznością i refleksem, nie potrafił jednak przebić się przez zastawę z dwóch szabel. Niewielu było ludzi walczących w tak powszechny u elfów sposób i niewiele miał okazji, aby nabrać doświadczenia w pojedynkach z przeciwnikiem uzbrojonym w bliźniaczy oręż.

Zaskoczyła go, gwałtownie schodząc w bok. Uskoczył, lecz za wolno. Ostrze szabli boleśnie przejechało mu po ramieniu, bez trudu przecinając rękaw koszuli.

Nie widział, jak zamaskowana postać uśmiecha się na widok jego rany i szykuje do kolejnego ataku. Inkwizytor, nie zważając na piekący ból, ujął długi miecz jedną ręką i dalej atakował.

- Nie wtrącać się, bo łby poucinam! – ryknął, widząc, jak jego podwładni próbują otoczyć elfickiego zabójcę.

           

            Lotiel natarła wściekle, nie doceniła jednak siły inkwizytora. Jej przeciwnik potrafił równie szybko władać swoim długim mieczem za pomocą jednej, zdrowej ręki. Zasypał ją serią cięć wyprowadzanych z nadgarstka i zmusił do obrony, ponownie wykorzystując przewagę wzrostu i zasięgu broni.

            Elfka krzyknęła, gdy ostrze spadło jej na palce lewej dłoni. Szabla, pozbawiona jelca, nie zabezpieczała jej przed atakiem. Nim zdołała ciąć z odlewu drugą szablą, lewa ręka inkwizytora wystrzeliła i przechwyciła jej przedramię. Poczuła tępy ból i zgięła się w pół.

           

            Mistrz Marcin poprawił cios kolanem w brzuch kilkakrotnie, a gdy całkowicie rozbroił przeciwnika, ujął jego głowę w obie dłonie i z uderzył po raz ostatni. Poczuł, jak pod jego kolanem pęka nos.

            Schylił się przy pokonanym przeciwniku i ściągnął z twarzy maskę.

- Na mękę Pańską… - powiedział tylko.

            Jego podwładni zbliżyli się, chcąc na własne oczy ujrzeć to, co wprawiło ich przywódcę w takie zdumienie.

            Na trawie leżała piękna elfka, której nie szpecił nawet rozkwaszony nos.

- Żyje… - zauważył jeden z żołnierzy.

- Więc jutro – mistrz Marcin uśmiechnął się paskudnie – będzie mieć przesłuchanie.

 

 

           

 

 

            Blizbor, dysząc ciężko, odsunął się lekko od Szramy i przewrócił na bok. Łotrzyca leżała leniwie na brzuchu, łapiąc z trudem oddech.

- Rzeczywiście jesteś wołchwem – powiedziała po długiej chwili, obracając się twarzą do kochanka i gładząc jego ramię. – To było iście magiczne. – na jej oszpeconej twarzy zagościł błogi uśmiech.

- Nie zgadzam się – czarownik uśmiechnął się  w odpowiedzi – było to jak najbardziej naturalne. I dzikie – dodał po chwili, chichocząc.

- Tobie też nie można odmówić temperamentu – stwierdziła Szrama i nagle posmutniała.

- Co się stało?

- Cholera… - głos jej lekko zadrżał. – Zdarzało mi się już wcześniej zmuszać mężczyzn, by dostarczali mi przyjemności, ale wiedziałam, że każdy z nich w głębi serca boi się mnie, lub brzydzi. A często jedno i drugie. Ty zaś… - spojrzała Blizborowi w oczy – Jesteś taki spontaniczny i radosny. Przyznaj się, ja ci się naprawdę podobam...?

- Naprawdę.

            Szrama westchnęła ciężko.

- Niech to szlag! Wszystko! Wiem, że nic z tego nie będzie…

- Szra… - nie zdążył się odezwać, bo położyła mu palec na ustach.

- Nie mów nic. – powiedziała, przewracając go na plecy i siadając na nim okrakiem. – Porozmawiamy rano. Teraz czas na przyjemniejsze rzeczy. Nic nie mów.

            Kochali się, nic nie mówiąc.

 

 

 

            Łukasz zmierzał na Pomorze. Byle dalej od Marcina i jego ludzi. Pędził przed siebie, nie zważając na kondycję wierzchowca, był gotów zajeździć go na śmierć, byle tylko znaleźć się poza zasięgiem swych wrogów. Przez głowę przelatywały mu setki myśli. Wrogów miał tu praktycznie wszędzie. Nienawidzili go wszyscy w tym parszywym kraju. Każdy widział w nim uosobienie złej sławy przeklętego ojca, każdy obwiniał go o czyny, których nie popełnił.

            Jedyna osoba, która dostrzegała w nim człowieka, została pojmana i prawdopodobnie wkrótce umrze. Jedyna osoba, która nie chciała go zabić.

            Nagle przed oczami Łukasza pojawił się wizerunek czarownika z Sowiejgóry, z którym spotkał się podczas pościgu. Wraz z tą myślą jego wisior zadrżał silnie, jak gdyby miał coś wspólnego z osobą maga.

            Wyczerpany wierzchowiec potknął się o wystający kamień, brutalnie zrzucając Łukasza z siodła, prosto na zabłocony gościniec. Niedawno rozpadał się deszcz i Łukasz czuł, jak zimne krople lądują na jego ciele, przeszywając całe ciało chłodem. Spróbował się podnieść, udało mu się tylko przyklęknąć. Wypluł piasek z zębów. Patrząc w dół spojrzał na swoją ozdobną inkwizytorską tunikę. Była cała brudna i nieco podniszczona. Wyhaftowany miecz o płonącej głowni był ledwo widoczny. Ujął w dłonie dwa wisiory spoczywające na jego piersi. Miecz i Krzyż.

            Nagłym, podświadomym i niekontrolowanym ruchem szarpnął za wiszący na rzemieniu srebrny krzyżyk, zerwał go i z rozmachem cisnął przed siebie. Wzniósł oczy ku niebu, nie bacząc na coraz gęściej padający deszcz.

- Nie jesteś już moim bogiem! – wrzasnął wściekle, nie bacząc na to, czy ktoś go słyszy. – Niech przeklęty będzie dzień, w którym przybyłeś na tę ziemię!

            Nie doczekał się żadnej reakcji ze strony niebios.

            Tylko deszcz się wzmógł, jak gdyby niebo chciało zapłakać.

skomentuj (3)

Przepraszam. 2010-05-03 21:06:58

Wrócę tu, obiecuję. Jeśli ktokolwiek poczuł się zaniedbany, to przepraszam. Wena znów uciekła, mam nadzieję, że wróci jeszcze w tym miesiącu. 

skomentuj (1)

Nieco spóźniony i krótki. Kolejny będzie szybciej i dłuższy. Obiecuję. 2010-03-07 10:52:38

Książę Gnieworad II siedział swej komnacie w towarzystwie najbliższych urzędników, a także Kirmana Jednouchego i Siegmara Gęstobrodego.

- Jak wygląda nasza sytuacja w grodach? – zapytał książę.

- Moi inżynierowie pracują przy umocnieniach – odparł Siegmar. – W Kruszwicy, Nakle, Wyszogrodzie i tutaj, w Osowej. Tak, jak prosiłeś, książę, uczynią wszystko, aby nasze fortyfikacje były jak najtrudniejsze do zdobycia.

- To dobrze. Jestem pewien, że dojdzie do oblegania grodów.

- Jestem w stanie zebrać wielu wojowników – odezwał się Kirman – W krótkim czasie mogę mieć pod bronią dwa lub nawet trzy tysiące elfów. W tym pięciuset pancernych jeźdźców.

- I tu mam kolejną prośbę… - zaczął ostrożnie Gnieworad.

         Zawahał się. Jego prośba mogła urazić ambicję elfów i sprowokować wybuch pychy u krasnoludów. Postanowił jednak zaryzykować.

- Jeśli to możliwe, chciałbym, aby krasnoludzcy płatnerze ulepszyli i wykonali nowe pancerze i hełmy dla elfów. I moich wojów. Polacy będą nas przewyższać liczebnie, nic na to nie poradzimy. Ale musimy w miarę możliwości zniwelować przewagę uzbrojenia.

         Zapadła cisza. Elf i krasnolud spoglądali to na księcia, to na siebie nawzajem. Z ich twarzy nie dało się nic odczytać.

- Jeśli dobrze rozumiem, książę… - zaczął w końcu Siegmar. – Chcesz, by nasi niezrównani krasnoludzcy płatnerze…

… - uczynili z elfów niezrównanych rycerzy! – wtrącił się jeden z doradców Gnieworada, komes Wyszogrodu, Przemko.

         Dzięki ci, Perunie, za porywczych i odzywających się bez pytania roztropnych doradców, westchnął w myślach książę.

- Tak. – książę Gnieworad obrzucił Przemka karcącym spojrzeniem, w duchu był mu jednak wdzięczny. – Mój doradca dobrze to ujął. Ja swoich pancernych mam wszystkiego pięciuset. Polacy mogą mieć nawet kilka tysięcy konnych.

- W polu im nie dorównamy. – zawyrokował Siegmar.

- Wyślę swoich leśnych tropicieli – stwierdził Kirman – Będą się czaić w lasach i nękać ich podczas przemarszu. Moi Sidhe znają te tereny, jak nikt.

- Nie zapominaj, że Polacy są Słowianami. – rzekł Gnieworad – Zhańbili się chrztem, ale krwi się nie wyparli. My, Słowianie, też potrafimy walczyć w lesie. To nie są głupi Niemcy, których można wytłuc, zanim w ogóle dojdzie do walki.

- Nie doceniasz moich wojowników… - skośne oczy elfa zwęziły się groźnie.

- Nie, skądże – Gnieworad starał się załagodzić sytuację. – Wierzę, że twoi leśni zabójcy są znacznie sprawniejsi niż ludzie. Nie możemy jednakże polegać tylko na nich. Nie mniej, mogą spróbować wyeliminować dowódców. I inkwizytorów. To spowoduje chaos i zamieszanie, osłabi ich morale.

- Zrobią to, zapewniam. – oznajmił zdecydowanie Kirman.

         W tym momencie w dębowych drzwiach pojawił się zdyszany elf, w znoszonym stroju, zmierzwionych włosach, kolczudze i z mieczem przy boku. Skłonił się i powiedział po polsku, z nieco śpiewnym akcentem:

- Wiadomość od książęcego syna, Blizbora. Gdańsk wzięty!

 

 

         Łukasz zbił niebezpieczne cięcie na twarz i odskoczył w tył. Kątem oka obserwował zmagania Siekiery i jego zwolenników z resztą żołnierzy. Walczyli z niespotykaną zajadłością, lecz nie mieli szans w obliczu przeważających liczebnie wrogów.

         Wymienił kilka kolejnych ciosów z Marcinem, wciąż się cofając i gorączkowo analizując sytuację. Nagły atak Siekiery wywołał spore zamieszanie i Łukasz zamierzał wykorzystać to, aby ujść cało, ukryć się przed pościgiem i potem na spokojnie przemyśleć sytuację. Jedyne, co liczyło się teraz, to nie dać się pojmać. Ani zabić.

         Ciął po skosie, biorąc szeroki zamach znad głowy. Marcin sparował to uderzenie i wyprowadził kontrę, napotkał jednak opór stali. Dla stojącego z boku obserwatora była to nader widowiskowa walka. Dwóch mężczyzn w tunikach, z identycznymi długimi mieczami, okrążało się i wymieniało szybkie cięcia.        Łukasz gwałtownie odskoczył w tył, zebrał naprędce psioniczną energię i pchnął przed siebie. Nie miał jednak czasu, by skoncentrować się dłużej, więc jego przeciwnik bez wysiłku zneutralizował atak analogicznym kontruderzeniem.

- Nie licz na psionikę. – wycedził mistrz Marcin. – Tylko żelazo.

- Powiedz mi, o co tu chodzi? – starał się zyskać na czasie, usiłując choć chwilę odpocząć. – Jesteśmy przecież po tej samej stronie.

- I tu się mylisz. Ja stoję po stronie porządku i prawa. Ty jesteś pomiotem tego, który chciał ten porządek zniszczyć! Poddaj się, lub giń! – zawinął mieczem nad głową i wyprowadził potężny atak.

         Łukasz sparował to z wysiłkiem, zszedł na bok i zamarł w postawie obronnej. Brakło mu sił, był zmęczony długą podróżą i dotkliwie odczuwał tego skutki.

-Nigdy… się… nie poddam! – warknął, zebrawszy w sobie resztkę sił.

- Więc giń, mamy wszak rachunki do wyrównania!

         Zaatakował gwałtownie, zmuszając Marcina do obrony. Zasypał go gradem ciosów, a każdy mógł być śmiertelny, gdyby przeszedł przez zastawę. Na koniec Łukasz wyprowadził morderczy sztych, celując przeciwnikowi prosto w gardło. Marcin obronił się, lecz siła ciosu wytrąciła go z równowagi. Zatoczył się do tyłu i wtedy poczuł kolejne psioniczne uderzenie. Nie zdążył się przed nim osłonić, poczuł, jak niewidzialna energia obala go na ziemię.

         Łukasz już miał ruszyć, aby dobić przeciwnika, lecz w tym momencie zobaczył, jak pozostali przy życiu żołnierze Marcina rozprawili się z Siekierą i jego ludźmi. Zobaczył, jak mierzą podnoszą z ziemi naładowane kusze i celują w niego. Nie wahając się długo, ruszył pędem w kierunku najbliższego konia, i nadludzkim wysiłkiem wskoczył na siodlo, poganiając rumaka przed siebie. Wyuczony w ciągu lat morderczego treningu odruch nie zawiódł i płazem miecza zdołał zasłonić się przed wystrzelonym bełtem. Kolejny świsnął mu koło ucha. Popędził konia jeszcze bardziej, opuszczając teren biskupiego pałacu w pełnym galopie.

 

 

         Zdobywcy, nasyciwszy się krwią, zaczęli sycić się alkoholem. Blizbor przy pomocy Ragnaxa i Talviessy zdołał w końcu zapanować nad plądrującymi gród wojownikami. Wytoczone z karczemnych piwnic beczki z piwem, oraz zapasy wina ze spiżarni prałata także okazały się nieocenioną pomocą przy zyskiwaniu sobie posłuchu wśród podkomendnych.

         Zasiedli w reprezentacyjnej izbie prałata, uprzednio niszcząc wszelkie kojarzące się z chrześcijańską religią ozdoby. Z krzyży i drewnianych figur zostały drzazgi, z gobelinów strzępy, a z mszalnych kielichów uczyniono naczynia na alkohol wszelaki.

         Kacper, zwany Makiem Polnym, znajdował się wśród zgromadzonych. Blizbor zdawał się nie zwracać na niego uwagi, jakby zupełnie puścił w niepamięć incydent z podsłuchiwaniem. A może zwyczajnie go to nie obchodziło? Nie to było jednak największym utrapieniem barda. Kacper przyglądał się w tej chwili, jak elfy i krasnoludy profanują święte kielichy, a wcześniej, jak niszczą święte symbole. Przyglądając się elfom, zwłaszcza Talviessie, która zdążyła pozbyć się wojennego makijażu, Kacper dostrzegał piękno. Piękno i delikatność, a razem z nimi pewną subtelność, która nigdy nie będzie osiągalna dla ludzi. Nie mógł pogodzić tego obrazu z tym, co zaszło. Bard miał wrażenie, że elfy mają serca jeszcze bardziej podłe, niż ludzie. A barbarzyństwem przewyższają ich po stokroć.

- Możesz być z siebie dumny, czarowyjcu – krzyknął radośnie Ragnax, stuknąwszy się z Blizborem kielichami. – Przejdziesz do historii jako ten, który poprowadził nasze zjednoczone armie do pierwszego zwycięstwa!

- Jestem. – odparł krótko czarownik. Sam nie wierzył w to, co zaszło. Wyprawa, która miała zaowocować prostą wymianą porwanego człowieka za okup, zaowocowała zdobyciem potężnego Gdańska.

- Wysłałam już posłańców do Sowiejgóry – rzekła Talviessa, siedząca z drugiej strony – Zaniosą wieści o naszej chwale. – Elfka, nieco już odurzona alkoholem, wstała i wzniosła kielich.

- Sława Blizborowi, zdobywcy Gdańska!

- Sława! – odkrzyknęły elfy i krasnoludy. Odkrzyknęła też Szrama i jej dwóch przybocznych łotrów. Odkrzyknął nawet Kacper, choć z wymuszonym entuzjazmem.

- Całkiem niezły bajzel żeś tu sprzątnął, przyznaję – powiedział Luxis, gdy zbliżył się do Blizbora. Sakwy i kieszenie miał wypchane kosztownościami, a na każdym palcu drogocenny pierścień. – Zasługujesz na to uwielbienie, jakim cię wszyscy darzą.

- Widzę, że ty też nie próżnujesz i sprzątasz – zauważył z przekąsem Blizbor.

- Należy mi się chyba za współudział, prawda? – spytał z uśmiechem niziołek.

- Należy. – zgodził się czarownik. – Tobie i pozostałym.

         Tym razem to Blizbor wstał. Dał znak, aby inni umilkli. Gdy to nie przyniosło skutku, wyjął miecz i z łomotem uderzył głowicą o blat stołu. Dopiero wtedy wszechobecny gwar ucichł.

- Dzisiejszy dzień – zaczął uroczyście – zapewne przejdzie do historii. Jako dzień, w którym nasze przymierze odniosło swoje pierwsze wielkie zwycięstwo. Dzięki odwadze i męstwu Szarych Płaszczy i Pijanych Młotów, którzy pomimo waśni, zdecydowali się wspólnie walczyć, pokonaliśmy chrześcijan w polu. Dzięki ich męstwu i dzięki układnej współpracy gdańskich łotrów udało nam się zdobyć ten gród! To wielki dzień dla was wszystkich! – zastanawiał się, co powiedzieć na koniec, wtem przypomniał sobie frazę wyczytaną w chrześcijańskiej księdze – To chwalebny początek nowego i wiecznego przymierza! Sława!

- Blizborze… - czarownik usłyszał miękki szept tuż przy uchu. Poczuł lekką woń wina.

- Tak…? – odszepnął do nachylającej się do niego Szramy.

- Pamiętasz, co mi powiedziałeś? – zapytała, kładąc dłonie na jego ramionach – Mówiłeś, że cena za moją pomoc nie gra roli. Czy nie tak?

- Zgadza się – odparł Blizbor, z fascynacją przyglądając się jej oszpeconej twarzy.

- Ceną jesteś ty. – wydyszała mu do ucha, liżąc go delikatnie.

         Blizbora przeszedł dreszcz. Westchnął ciężko.

- Przez to, jak wyglądam, nie mam zbyt wielu okazji do przyjemności. – szeptała Szrama, masując delikatnie ramiona czarownika. – Ale ty nie masz wyboru.

- Więc chodźmy. – powiedział czarownik, zrywając się z miejsca.

         Rozejrzał się wokoło. Ragnax był zajęty opowiadaniem wulgarnego kawału swoim krasnoludzkim kamratom i Luxisowi, a Talviessa, nabrawszy dzięki alkoholowi niezwykłej swobody, dość bezczelnie flirtowała z jednym ze swoich elfickich podwładnych.

- Ciekawe, czy będą mocno żałować następnego dnia – Blizbor parsknął ze śmiechem, patrząc na spokojną i opanowaną zwykle elfkę, która czyniła pewnemu elfowi niedwuznaczne propozycje.

- Ważne, byś ty nie żałował. – szepnęła Szrama, biorąc go za rękę. – Chodź, gdzieś tu powinna być sypialnia prałata.

- Przynajmniej raz ludzie będą się w niej kochać w zgodzie z naturą – parsknął Blizbor i dał się poprowadzić oszpeconej łotrzycy.

skomentuj (6)

Rozdział IX. Czekaliście...? No to macie! 2010-02-04 15:32:35

Luxis poruszał się bezszelestnie, a dzięki zachmurzeniu było tak ciemno, że nie sposób było go dostrzec. Przyczaił się tuż nad brzeg fosy, leżąc płasko na mokrej trawie i czekał. Widział wyraźnie przechadzających się po umocnieniach strażników. Ich zmęczone i ponure twarze dobitnie świadczyły o niskim morale. Trwali jednak, wyczekując najmniejszych oznak zbliżających się nieprzyjaciół. Mieli łuki i kusze, byli gotowi odeprzeć każdy atak.
Doczekali się. Od przeciwnej strony niosły się krzyki i wrzaski, oddział elfów i krasnoludów szturmował bramę zaimprowizowanym naprędce taranem. Rozległy się krzyki i cała grodowa załoga rzuciła się do desperackiej obrony.
Luxis również się doczekał. Umieścił w syriuszance bełt z hakami zamiast tradycyjnego grotu. Do jego końca przymocowana była także lina. Niziołek wycelował i wystrzelił, posyłając hak za wał. Szarpnął za linę i upewnił się, że trzyma mocno. W duchu podziękował swemu pobratymcowi, Syriuszowi, za niesamowitą kreatywność i trzymając się liny przebył fosę, a następnie wspiął się na górę.
Strażnicy byli zajęci zaimprowizowanym atakiem, toteż niziołkowi udało się zejść na dół i ukryć między chatami. Dobiegały go wściekłe krzyki walczących, i dzięki nim miał pewność, że nikt go nie usłyszy. Gdy zamaskował wszelkie ślady wtargnięcia, obok niego wylądował wielki puchacz.
- Żałuję, że nie umiem się skradać i wspinać, jak ty. – westchnął Blizbor, po przybraniu ludzkiej postaci – nie cierpię magicznych przemian.
- Nie zrzędź, zaraz się poskradasz u boku mistrza – uśmiechnął się niziołek. – Musimy cichcem przemknąć się do największej grodowej gospody i zaskoczyć we śnie właściciela. Oni zawsze znają dojścia do odpowiednich ludzi. Plan prosty, choć wykonanie może nieco zająć, bo Gdańsk jest duży, a nasi przyjaciele za chwilę się wycofają z walk. Do roboty.
Dwie sylwetki wkroczyły w labirynt chat i grodowych uliczek. Przemykały pomiędzy patrolującymi ulice strażnikami, omijały oświetlone budynki, trzymały się z dala od zagród z psami i wkrótce odnalazły drogę do celu.
Gdańska gospoda ‘Pod Piwną Beczką’ stanowiła w istocie najzacniejszy przybytek w całym grodzie. Gościła najbogatszych, najzacniejszych i najpotężniejszych spośród podróżnych przewijających się przez Gdańsk. Tej nocy gościła również i dwóch włamywaczy. Konkretnie rzecz biorąc – gościł ich właściciel. Nie do końca dobrowolnie.
- Wstawaj, dobrodzieju. – wyszeptał niziołek, klepiąc mężczyznę po policzku. – Koniec rozkosznej drzemki.
- Co się… - właściciel nie zdążył zadać pytania, jakaś dłoń zakryła mu usta.
- Ciii… - wysyczał Blizbor. – Tylko nie krzycz, dobrze? Inni chcą spać – dodał życzliwie.
- Nie przybyliśmy cię skrzywdzić – zapewnił niziołek – Znaczy, zrobimy to, ale tylko, jeśli nie zechcesz współpracować.
- Ale ty zechcesz, prawda? – wtrącił znów Blizbor – Zaraz cię puszczę, a ty nie krzykniesz, tylko grzecznie zapytasz, w czym możesz pomóc. Mam rację?
- W czym mogę pomóc…? – zapytał z niemałym trudem mężczyzna, gdy został uwolniony.
- Chcemy znaleźć Szramę – powiedział niziołek. – I to szybko.
- Sowa krąży wśród krzyży – wyrecytował Blizbor – Sowa szuka bezpiecznej gałęzi.
- Witaj w lesie, sowo – odparł właściciel gospody, z niemałą ulgą. Spotkanie z Sowogórcami uważał mimo wszystko za bezpieczniejsze niż zwykły napad. – Mój las jest twoim lasem.
- Wybacz nasze nieco niemiłe wtargnięcie – Blizbor uśmiechnął się przepraszająco.
- Oczywiście. – zgodził się gospodarz, uspokoiwszy się ostatecznie. – Czym mogę służyć?
- Zaprowadź nas do Szramy. – polecił stanowczo Blizbor.



Łukasz zostawił rannych żołnierzy i inkwizytora w klasztorze nieopodal Thorna, zaś z resztą oddziału, w sile dwudziestu ludzi, udał się do siedziby biskupa Tomasza. Zamierzał zdać raport z dobrze wykonanego zadania i szczerze podziękować za wręczenie tajemniczego wisiora, dzięki któremu przeżył tę wyprawę. Chciał również zapytać o kulisy misji, ponieważ był pełen podejrzeń.
Pałac był spokojny. Zbyt spokojny. Łukaszowi i jego podwładnym udało się wkroczyć na dziedziniec, nie napotykając żadnych strażników. Nie umknęło to uwadze inkwizytora, wzmogło tylko jego czujność. I zrodziło kolejne podejrzenia. Zsiedli z koni i zamierzali wejść do pałacu, gdy z budynku wybiegła duża grupa żołnierzy prowadzona przez jasnowłosego mężczyznę w inkwizytorskiej tunce.
- Witaj, Łukaszu! – krzyknął mistrz Marcin, zstępując po schodach na spotkanie. – Witajcie, dzielni żołnierze Kościoła! – podwładni Łukasza zasalutowali, gdy padło na nich spojrzenie Marcina.
- Witaj. – odparł szorstko Łukasz. Nie doczekał się salutu od żołnierzy Marcina. Niezrażony tym faktem, kontynuował – I żegnaj jednocześnie. Chciałbym pomówić z jego ekscelencją, jeśli pozwolisz.
- Pozwolę – uśmiechnął się mistrz Marcin. – Zaaresztuję cię i zabiorę tam, gdzie właśnie wiozą jego. Żołnierze! – krzyknął!
Mężczyźni z krzyżami na tunikach, stojący w zwartym szeregu za Marcinem, wymierzyli swe kusze prosto w Łukasza.
- Co to ma znaczyć…? – zapytał Łukasz, drżącym z wściekłości głosem.
- Jesteś aresztowany, Pomiocie Xara. – wycedził Marcin. – Okres ochronny dla odmieńców skończył się wraz z karierą biskupa Tomasza. – spojrzał za Łukasza, na towarzyszących mu żołnierzy – Jesteście wiernymi sługami Kościoła? Więc przyłączcie się i pomóżcie w pojmaniu tego groźnego odszczepieńca!
Podwładni Łukasza spojrzeli po sobie i stopniowo, jeden za drugim, dobyli kusz i stanęli w szeregu obok kuszników Marcina. Prawie wszyscy.
- Durnie! – odezwał się stary dziesiętnik, zwany Siekierą. – Nie słuchajcie go! Jesteście żołnierzami, przysięgaliście na swój honor służbę naszemu dowódcy, mistrzowi Łukaszowi! – krzyczał mężczyzna, a żołnierze zatrzymali się w pół kroku - Nie obchodzą mnie swary panów inkwizytorów, za wysokie progi dla mnie. Obchodzi mnie mój honor. A on każe mi trwać przy dowódcy. Tak uczy nas Bóg!
- Nie tobie mówić, czego naucza nasz Pan, kmiocie! – odpowiedział wściekle mistrz Marcin – Chcesz zgnić w lochu, twoja wola!
Łukasz położył dłoń na rękojeści miecza, drugą ścisnął wisior. Był szczerze zaskoczony tym nagłym przejawem lojalności u starego dziesiętnika. Podziękował w duchu Bogu, że nie wszyscy żołnierze zapomnieli, czym jest uczciwość. Docenił też jego wpływ na innych.
- Ten żołnierz ma rację, Marcin! – powiedział głośno – Nie mieszaj prostych ludzi do naszych spraw. Wyciągaj miecz i zaaresztuj mnie, jeśli starczy ci odwagi. – Łukasz był pewien, że Marcin nie pozwoli sobie na utratę autorytetu.
- Niech ci będzie, śmieciu! – Marcin dobył długiego miecza i ciął zamaszyście.
Łukasz sparował pierwszy cios i musiał się cofnąć, by uniknąć dwóch kolejnych. Myślał o wisiorze, koncentrował na nim swoją uwagę, ale nic się nie działo. Liczył skrycie na to, że tajemna magia uratuje go niespodziewanie, zupełnie, jak podczas walki ze słowiańskim wojem. Nic takiego nie nastąpiło. Mógł liczyć tylko na siebie. Wziął potężny zamach znad głowy i natarł na swego przeciwnika.
Zadzwoniła stal.


Blizbor spodziewał się wszystkiego. Młodego i ambitnego zawadiaki, starego zakapiora, a nawet jakiegoś wyjątkowo cwanego elfickiego szamana-renegata, który dzięki swoim umiejętnościom produkowania narkotyków zdobył sobie wysoką pozycję w przestępczej hierarchii. Wszystkiego, oprócz kobiety.
Dziewczyny właściwie. Szramą okazała się być na oko dwudziestoletnia dziewczyna. Wysoka, szczupła, o figurze ustępującej najpiękniejszym, ale wystarczająco pociągającej, by spoczęło na niej męskie oko. Pod tym względem była przeciętna i nie wybijała się z tłumu swoich rówieśniczek. Tym, co ją wyróżniało i przyczyniło się do powstania złowrogiego przydomka, była paskudna blizna, szpecąca całą twarz. Zaczynała się gdzieś na lewej skroni, tuż obok zielonego oka i wędrowała wzdłuż lewego policzka, przekraczała nos, by na prawym policzku ostro skręcić w dół i zakończyć swój bieg tuż przy kąciku ust. Blizbor dopiero później miał się dowiedzieć, że ta wręcz groteskowa rana była dziełem jednego z inkwizytorskich katów, który miał złośliwą intencję oszpecić dziewczynę. Dowiedział się o tym od Luxisa, gdy ten snuł najbardziej krwawą opowieść Gdańska. Opowieść o zemście Szramy na wspomnianym kacie.
Szrama zwinnie poderwała się ze swojego miejsca i bacznie przyjrzała się dwóm przybyszom. Poznała Luxisa, jednego z najsprawniejszych morderców, jakich spotkała w życiu. Nie miała jednak pojęcia, kim jest towarzysz niziołka, młody chłopak wyglądający na jej rówieśnika.
- Kopę lat, przyjaciółko. – uśmiechnął się Luxis, gdy dziewczyna schyliła się, aby go uściskać.
- Za rzadko nas odwiedzasz. – odwzajemniła uśmiech Szrama – Przyszedłeś mi powiedzieć, że w końcu zdecydowałeś się pracować dla mnie na stałe?
- Jeszcze nie tym razem. Przynoszę za to zlecenie od kogoś, kto nie szczędzi zapłaty. Blizbor, nie stój tak, przedstaw się ładnie!
Czarownik otrząsnął się. Obecność tej oszpeconej dziewczyny dziwnie na niego działała. Jej twarz budziła oczywiste obrzydzenie, ale błysk jej oczu w połączeniu z nieco makabrycznym uśmiechem wywoływały niezwykłe uczucie pożądania. Blizbor nie mógł zrozumieć, jakim cudem ta dziewczyna, ofiara czyichś sadystycznych zapędów, tak mu się spodobała.
- Witaj, Szramo – zaczął Blizbor, nie będąc pewnym, jak powinien się do niej zwrócić – Przybywam tu w imieniu swego ojca, księcia Gnieworada II.
- Przybyłeś razem z wojskiem, jak się domyślam? – przerwała Szrama – Elfy i krasnoludy razem, dowodzone przez człowieka. Musisz być niezwykłym człowiekiem, jeśli prowadzisz taką armię.
Blizbor poczuł, jak jego ego nadyma się i rośnie, gotowe rozsadzić jego ciało i wypełnić cały świat. Lub przynajmniej strych, który funkcjonował jako siedziba przywódców Gdańskiego półświatka.
- Pochlebiasz mi… - czarownik ledwo zdążył ugryźć się w język, gdyż niewiele brakowało, aby dodał „pani”.
- Możliwe. – szeroki uśmiech krzykliwie kontrastował z blizną. – A jakie jest zlecenie dla mnie? Zamierzasz plądrować i przejąć Gdańsk? To całkiem rozsądne, by już teraz dogadać się z podziemiem.
Bystra dziewucha, pomyślał z podziwem Blizbor.
- Zgadza się, chcemy zdobyć Gdańsk.
- Bardzo ambitnie. – przyznała Szrama – Jak możemy pomóc i ile za to dostaniemy?
- Cena nie gra roli – Blizbor zaryzykował. – Musicie jakoś sprawić, aby brama pozostała otwarta, gdy jutro podejdziemy ze zwłokami prałata. Przywódcy obrońców już wiedzą, że chcemy bursztynu ważącego tyle, ile ścierwo Henryka.
- Słyszałam kiedyś coś podobnego… – zamyśliła się Szrama.
- Tak – potwierdził czarownik – zapewne o Wojciechu. Pomożesz nam? – zapytał z nadzieją w głosie, patrząc jej przy tym w oczy.
- Wszystko, by utrzymać interes. – skinęła głową dziewczyna – Starajcie się nie niszczyć tego grodu. To ważny ośrodek handlowy i więcej zysków przyniesie wam, jeśli go przejmiecie, niż złupicie.
- Postaram się o tym pamiętać – zgodził się Blizbor.



Stary dziesiętnik, zwany przez kompanów Siekierą, słuchał oskarżycielskich słów mistrza Marcina, ale wzrok skupiony miał na Łukaszu. Nagle przypomniał sobie niezwykły wisior, jaki Łukasz od niedawna nosił. Miecz o płomienistej głowni. Siekiera nie znał się na biżuterii, nie miał pojęcia, czy błyskotka była czymś cennym, w głębi serca czuł jednak, że jest niezwykła.
Sam nie wiedział, kiedy odezwał się w obronie Łukasza, po prostu nagle poczuł, że musi to uczynić. Jakaś siła wręcz nakazała mu działać. Gdy inkwizytorzy chwycili za broń, Siekiera rozkazał swym ludziom atakować popleczników Marcina.



Kacper, zwany Makiem Polnym, stał z szeroko otwartymi oczami i obserwował łuny dogasających pożarów. Z wielu miejsc wciąż ulatywał dym, dało się jeszcze słyszeć wrzaski i rumor. Najeźdźcy, pomimo wyraźnych zakazów Blizbora, dali choć częściowy upust swej żądzy krwi, mordując mężczyzn, kobiety i dzieci, które napotkali na swej drodze. Widział na własne oczy elfy o twarzach demonów, które ramię w ramię z krasnoludami zadawały śmierć, bez przerwy krzycząc o zemście. Czuł wściekłość z powodu wszechogarniającej bezsilności. Nie mógł zrobić nic, aby zapobiec rzezi.
Był blisko Blizbora i Luxisa. Razem z nimi byli też Ragnax i Talviessa. Stali przy najzacniejszy, budynku w grodzie, który, choć zbudowany z drewna, nie zajął się ogniem. Stał dumnie, reprezentując sobą majestat Kościoła, będąc w istocie okazalszym, niż świątynie, które krasnoludzcy i elficcy wojownicy zniszczyli w pierwszej kolejności.
Bard patrzył teraz, jak z domu prałata wywleczono mężczyzn w sutannach. Wiedział, że czeka ich śmierć. Miał też świadomość, że będzie ona znacznie bardziej brutalna, niż ta, która spotkała zwykłych mieszkańców i grodowych strażników, którzy stanęli na drodze wdzierającym się przez bramę najeźdźcom.
Blizbor podszedł do stłoczonych księży.
- Który z was to Jędrek? – zapytał stanowczo.
Niski mężczyzna, wyglądający na niewiele starszego niż Blizbor, podniósł wzrok i hardo spojrzał w oczy czarownika.
- To ja.
- Znakomicie. – ucieszył się czarownik. – Idziesz ze mną. – spojrzał na stojących wokół elfów i krasnoludów:
- Z resztą róbcie, co chcecie. Nie musicie się spieszyć.
Wojownicy zdawali się tylko na to czekać. Rzucili się na bezbronnych kapłanów, dźgając ich włóczniami, rąbiąc toporami i młotami i tnąc mieczami. Wszystko z sadystyczną precyzją.
Księża umierali długo, bezskutecznie wzywając na pomoc swego Boga.
Kacper, nie będąc przez nikogo niepokojonym, zdołał podkraść się do Blizbora i księdza wystarczająco blisko, aby usłyszeć, o czym rozmawiają.
- Posłuchaj, księże – powiedział czarownik – Starałem się ograniczyć rzeź, jak tylko mogłem. Nie z litości, ale z praktycznych powodów. Chcę wcielić Gdańsk wraz z Pomorzem do sowogórskiego Księstwa. Niespodziewane zwycięstwo podsunęło nam tę okazję i zamierzam ją wykorzystać.
- Nie masz serca. – powiedział zimno Jędrek, nie tracąc nic ze swej hardości. – Czemu mi to mówisz? Zabij mnie, jak innych, jestem gotów spotkać swego Pana.
- Nie wątpię, że jesteś. Ale obiecałem komuś, że cię nie zabiję.
- Co?
- Jakubowi. Wiem, przez co przeszedł na służbie u waszego prałata.
- Skąd możesz to wiedzieć? Rozmawiałeś z Jakubem?
- Można tak powiedzieć.
- Ale i tak go zabiliście… Mogliście…
- Nie dało się tego uniknąć – uciął Blizbor. – Nie potrafię zrozumieć, jak możecie wielbić boga, który toleruje takie skundlenie zacnych ludzi. Nigdy tego nie zrozumiem. I nawet nie chcę.
- Czego zatem chcesz, poganinie?
- Jakub chciał, byś go pogrzebał. Wedle waszego obrządku. Prosił mnie, bym dopilnował, aby ci w tym nikt nie przeszkadzał.
- I zamierzasz dotrzymać obietnicy?
- Bierz jego ciało i zaczynaj rytuały.
- Potrzeba do tego więcej ludzi…
- Obawiam się, że nie ma więcej ludzi. A ja średnio nadaję się do wzięcia udziału w chrześcijańskim obrządku.
Kacper zrobił to, zanim jeszcze zdążył pomyśleć, że właściwie naraża swoje życie.
- Ja mogę pomóc. – odezwał się jasnowłosy młodzieniec, który nagle wyszedł zza rogu. – Proszę.
- Nie uczono cię, że nieładnie podsłuchiwać? – Blizbor zmierzył go złym wzrokiem. – Zresztą, nic mi do tego. Ocaliłeś mojego przyjaciela, więc cię nie zabiję. Róbcie sobie, co chcecie. Miałem tylko doprowadzić do tego, aby ciało Jakuba dotarło w ręce Jędrka. Reszta należy do was.
Nie mówiąc nic więcej, Blizbor odszedł.


Kacper i Jędrek zanieśli ciało potężnego inkwizytora do ogrodu za dworem prałata. Bez słowa wykopali grób i złożyli w nim Jakuba.
- Świeć Panie nad jego duszą – wyszeptał cicho Jędrek, składając ręce do modlitwy.
- Nad duszami nas wszystkich – dopowiedział Kacper.

skomentuj (4)

Rozdział VIII. Pierwszy w tym roku. Obiecuję, że nie ostatni. 2010-01-02 23:20:19

- Musisz już iść? – zapytał smętnym głosem Mathiis, leniwie przeciągając się na posłaniu. – Zostań jeszcze… - wyciągnął rękę i położył ją na pośladku odwróconej do niego tyłem elfki.
- Muszę. – odpowiedziała Vesna, zajadle walcząc z zapięciami na swej długiej szacie. – Ale wkrótce znów pojawię się w Polsce. Gdzie te ręce? – dodała z uśmiechem, odskakując.
- Brakowało mi cię.
- O tak, dałeś mi to odczuć. – uśmiech na twarzy elfki stał się nagle lubieżny – I chętnie odczuję to znów.
- Gdzie teraz będziesz?
- Wrócę do Nordlandu, spotkać się z Raiją. Następnie wrócę tu, razem z kilkoma tropicielami.
Oblicze Mathiisa spochmurniało.
- Trzymajcie się z daleka od Blizbora. – powiedział nieprzyjemnie – Nie dam go skrzywdzić.
- Nikt go nie skrzywdzi – głos Vesny brzmiał uspokajająco, ale twarz elfa nie złagodniała – Nie dąsaj się. Nikt nie chce skrzywdzić twojego przyjaciela. Myślisz, że jest jedynym potomkiem Xara na tych terenach?
- Wydawało mi się, że jedynym żywym. – przyznał Mathiis – o ile się orientuję, pozostałych zamordowali chrześcijanie.
- Nie byłabym taka pewna. – Vesna w końcu wygrała, ubierając się kompletnie. – W Nordlandzie mamy grupę wykwalifikowanych w magii wieszczącej szamanów. Tropią esencję Xara znajdującą się u nas, na miejscu, ale potrafią wyczuć też tę znajdującą się dalej.
- Wiedzą o Blizborze?
- Nie. Magia jest nieprecyzyjna. Nie mieliśmy pojęcia, że jedna z tych osób to twój towarzysz. Szamani po prostu czują, że na obszarze Polski i okolic znajduje się potężne skupisko esencji Xara. Jest jej więcej, niż byłaby w stanie zgromadzić jedna osoba.
- Ale nie znacie żadnych szczegółów – skrzywił się Mathiis. – Magia jak zwykle zawodzi.
- Od tego mamy tradycyjne metody. – odparła niezrażona Vesna – Szamani wskazują tylko tropicielom obszar działań. Wrócę tu wkrótce i obiecuję ci, że odnajdziemy rodzeństwo twojego Blizbora. Przekaż mu to, pewnie się ucieszy. – dodała z nutką złośliwej kpiny.
- Szczerze wątpię – parsknął elf. – Ale udam się do Sowiejgóry, poczekam na powrót Blizbora i dowiem się, co ciekawego zdziałał.
- Nadciąga wojna – stwierdziła Vesna – nie trzeba być wieszczącym szamanem, by to wiedzieć. Uważaj na siebie. Esencja Xara odegra znaczącą rolę w tym konflikcie.
- Postaram się nie zginąć – Mathiis wstał i podszedł do Vesny.
- Szkoda byłoby takiego elfa – jej oczy błysnęły figlarnie, gdy ją objął.
- Do zobaczenia, Vesno. – powiedział, gdy oderwał się od jej ust.
- Jak najszybszego – uśmiechnęła się, po czym wyfrunęła przez okno pod postacią sowy.


Łukasz wrzucił głowy żerców do płóciennego wora. Splunął na świątynne pogorzelisko. Zwyczajem dowódcy udał, że nie zwraca uwagi na swych podwładnych, którzy byli zajęci czynieniem gwałtu na świątynnych nowicjuszkach. Sam nie miał na to szczególnej ochoty. Był zbyt przejęty.
Artefakt… Słyszał opowieści o Xarze, według nich po magu pozostało wiele przedmiotów o niezwykłej mocy. Uznał to za brednie i bajki, a tymczasem jeden z tych przedmiotów ocalił go przed pewną śmiercią.
Mimowolnie spojrzał w na zwłoki potężnego woja, z którym stoczył zażartą walkę. Teraz był martwy, odarty ze swego dobytku. Czekał, aż pożywią się na nim kruki.
- Taki los wszystkich pogan. – powiedział cicho, do siebie.
Następnie podszedł do zwłok inkwizytora, spętanych przez korzenie wywołane pogańską magią.
- Skąd ja cię znam…? – zapytał trupa, przyglądając się jego opuchniętej twarzy.
Nie zamienili wiele słów podczas podróży. Łukasz nie należał do osób lubianych wśród konfratrów. Piętno pochodzenia ciążyło na nim, mimo tego, że nie było w całym Oficjum choćby jednego żołnierza czy inkwizytora, który odważyłby się otwarcie wyzwać lub obrazić Łukasza. Niechęć przejawiała się w tak przyziemnych czynnościach, jak wspólne chodzenie na piwo, na dziewczynki, gra w kości, życzliwa pomoc w każdej sytuacji, zwykłe żołnierskie braterstwo. Towarzysze Łukasza o każdą z tych spraw dbali skrupulatnie.
I w każdej pomijali jego osobę.
Co frapowało go w tej chwili, to fakt, że pozostali dwaj inkwizytorzy również nie byli w zażyłej komitywie. Z tych kilku krótkich i urywanych rozmów, jakie zdołał z nimi przeprowadzić, wynikało, że obaj byli swego rodzaju wyrzutkami. Służba u boku Łukasza mogła stanowić pewną karę. Łukasz zastanawiał się, czy formą kary nie była też niebezpieczna misja zaatakowania pogańskiej świątyni. Miał świadomość, że gdyby nie tajemniczy wisiorek i jego dziwna moc, zginąłby tutaj.
Czy posłano go na śmierć?
Łukasz wiedział, że jedyną osobą wśród duchownych, na którą może liczyć, i u której może znaleźć szacunek, sympatię i coś na kształt oparcia, był właśnie biskup Tomasz. Który dał mu ten przedmiot.
- Kochany staruszek. – uśmiechnął się Łukasz, ściskając wisior w dłoni – Muszę mu podziękować. O ile w ogóle brał pod uwagę mój powrót.
Spojrzał po raz ostatni na miejsce walki, kontyna spłonęła już całkowicie, duża grupa chętnych żołnierzy zaspokoiła już chuć, właśni martwi zostali pogrzebani, cudzy martwi obdarci ze wszystkiego, co wartościowe, pogorzelisko należycie oszczane i oplute, a głowy żerców elegancko ułożone w płóciennym worze.
- Żołnierze! – zakrzyknął Łukasz entuzjastycznie, choć zdawał sobie sprawę, że jego nastrój nie udzieli się innym. – Brać dupy w troki i wynośmy się z tego parszywego miejsca najszybciej, jak się da!



Gabinet biskupa Tomasza nie był miejscem, do którego wolno było wejść każdemu. Był miejscem na swój sposób elitarnym, i tylko nieliczni mieli do niego dostęp. Był najokazalszym pomieszczeniem wzniesionego przez krasnoludzkich niewolników murowanego pałacyku. Ozdobiony trofeami z polowań, malowidłami o tematyce biblijnej i najwspanialszymi sprzętami, jakie potrafili wytworzyć wówczas krakowscy mistrzowie rzemiosła.
Potężne dębowe drzwi od gabinetu, warte fortunę, zostały bezceremonialnie otworzone kopnięciem ciężkiego żołnierskiego buciora. Do środka wszedł mężczyzna w tunice inkwizytora w asyście dwóch żołnierzy.
- Tak was teraz uczą pukać do drzwi, drogi mistrzu Marcinie? – zapytał spokojnie Tomasz, nie podnosząc wzroku znad leżących na biurku papierów.
- Tak nas teraz uczą dokonywać aresztowania – odpowiedział hardo jasnowłosy inkwizytor.
- A z jakiego powodu jestem aresztowany? – biskup Tomasz nie tracił spokoju.
- Dobrze wiesz, z jakiego!
Zza pleców Marcina i dwóch żołnierzy wyłonił się niski osobnik z czarnym wąsem. Jeden z agentów Tomasza, odpowiedzialny za badanie nastrojów społecznych.
- Masz mi coś do powiedzenia, Grzegorzu? – duchowny zmierzył swego szpicla wzrokiem, lecz w środku czuł niepokój.
- Widziałem, jak Łukasz wychodzi z wisiorem!
- Jakim wisiorem? – zapytał Tomasz, po którym nie było widać żadnych emocji.
- Z wisiorem w kształcie miecza! – Grzegorz, stojąc obok inkwizytora i żołnierzy, zebrał w sobie dość odwagi, by mówić, choć głos drżał mu lekko pod ciężkim spojrzeniem biskupa. – Nie miał go przed spotkaniem z tobą, przyjrzałem się. Nie był to typowy wisior noszony przez inkwizytorów, domyśliłem się, że to coś niezwykłego.
- Co na przykład? – głos Tomasza wciąż był spokojny i opanowany.
- Słyszałem, że w twoim skarbcu może być Artefakt po Xarze! A cóż innego mógłbyś dać temu bękartowi?
- Obraza mistrza Inkwizycji to ciężkie przestępstwo dla kogoś takiego jak ty, wiesz o tym, Grzegorzu?
- Księże biskupie – mistrz Marcin powiedział oficjalnym tonem. – Jeśli zechcesz mi pokazać, że oskarżenia twego podwładnego są bezpodstawne, natychmiast wypatroszę go własnym mieczem. Po prostu pokaż mi Artefakt, dobrze?
- Nic nie muszę ci pokazywać. Wynoś się, zanim wezwę straże.
- Obawiam się, że jednak musisz, księże biskupie. – jasnowłosy inkwizytor podszedł do biurka, skłonił się i położył na nim zapieczętowany zwój. – To rozkaz od samego króla-prymasa.
- Czyli od tego durnia, Józefa – warknął Tomasz.
- Nie widziałem treści dokumentu, księże biskupie, ale wyraźnie widzę pieczęć króla-prymasa. – powiedział grzecznie mistrz Marcin. – Jest w nim prośba o to, byś oddał mi Artefakt po Xarze znajdujący się w twoim skarbcu. Król-prymas życzy sobie, by zgromadzono je wszystkie w Krakowie, uważa bowiem, że takich cennych rzeczy nie powinno się trzymać tutaj, w przygranicznej diecezji. Istnieje ryzyko, że Artefakt może dostać się w niepowołane ręce – ostatnie słowa wypowiedział ze szczególnym naciskiem.
- Chodzi naturalnie o ręce Sowogórców? – zapytał biskup z przekąsem.
- Wszelkie wyjaśnienia są w dokumencie, księże biskupie. Zechciej zapoznać się z jego treścią i zastosować do niej.
- Straże! – wrzasnął biskup Tomasz, zrywając się z miejsca.
Mistrz Marcin zareagował błyskawicznie. Gdy do gabinetu wbiegli gwardziści biskupa, krzykiem rozkazał odsunąć się własnym żołnierzom i szybkim ruchem wysunął przed siebie obie otwarte dłonie. Niewidzialna energia uderzyła w zbitą grupę, która zakotłowała się w przejściu. Dwaj przyboczni inkwizytora nie mieli problemu z szybkim zabiciem oszołomionych psionicznym uderzeniem strażników.
Inkwizytor zaś odwrócił się gwałtownie i wyciągniętą dłonią chwycił coś niewidzialnego w powietrzu. Zacisnął palce.
Biskup Tomasz zaczął się krztusić, czując, jak psychokinetyczne kleszcze zaciskają się na jego gardle. Niewidzialna siła uniosła go lekko w górę, stopy oderwały się od podłoża, a na biurko z trzaskiem spadł niewielki flakonik.
- Chciałeś się otruć, jakby coś poszło nie tak? – zadrwił mistrz Marcin – Więc to jednak prawda? Dałeś temu bękartowi Artefakt po Xarze? Czy zdajesz sobie sprawę, co uczyniłeś, durniu? Czy wiesz, jaki niebezpieczny może być teraz Łukasz?
- Mam nadzieję, że na tyle, by cię zabić! – wycharczał z trudem Tomasz, ledwo łapiąc powietrze. Spojrzał jeszcze pytająco na Grzegorza.
- Zastanawia cię, czemu na ciebie doniosłem, zdrajco? – zapytał szpicel. – bo cię nienawidzę! Ciebie i twojego bękarta! Wysłałeś mnie do bezpiecznego zadania, tak mówiłeś, miałem tylko słuchać, co ludzie gadają, a omal nie zginąłem, zarżnąłby mnie jakiś mały niziołek! Ledwie uszedłem z życiem! Potem zobaczyłem, jak twój bękart ma wisior. Nie wahałem się długo. Robisz się słaby, Tomaszu. A ja muszę trzymać z silnymi. Z takimi, jak Józef, którzy mają wpływ na samego króla-prymasa…! Z nimi dojdę do… - jego głos urwał się nagle.
- Dojdziesz do piekła – dokończył spokojnie mistrz Marcin, wyciągając sztylet z brzucha szpicla. – Tam, gdzie twoje miejsce, żałosny, nielojalny śmieciu.
Grzegorz osunął się na ziemię, a kałuża krwi pod jego ciałem rosła szybko. Spojrzał ostatni raz na oblicze biskupa, który gwałtownie upadł. Psychokinetyczna energia rozproszyła się, gdy inkwizytor zadał mu cios. Nie zdążył już zauważyć nic więcej. Tylko ciemność.
- A ty gdzie? – Mistrz Marcin wskoczył zwinnie na biurko i ciężkim butem zgniótł dłoń Tomasza sięgająca po flakon z trucizną. – Mam pozwolenie, by cię zabić, wiesz o tym? – zapytał, patrząc biskupowi głęboko w oczy.
Tomasz wrzasnął dziko, gdy kości dłoni zostały zmiażdżone przez ciężki but. Mistrz Marcin zeskoczył i klęknął przy zwijającym się z bólu duchownym, który z trudem łapał oddech.
- Zabiję cię znacznie wolniej, niż trucizna – były to ostatnie słowa, jakie usłyszał Tomasz, nim stracił przytomność.


skomentuj (4)

Rozdział VII. Obiecałem, proszę. Kolejny może pojawić się w tym roku, ale nie musi. 2009-12-27 20:53:46

Wszyscy wokół milczeli. Blizbor klęknął przy naszpikowanym strzałami ciele inkwizytora i przyjrzał mu się uważnie.
Wyczulone na Moc oczy dostrzegły eteryczną aurę wokół ciała. Aurę, która zanikała z każdą chwilą.
Czarownik nie wahał się długo. Wiedział, że ma tylko jeden sposób, by poznać tajemnice martwego Jakuba. Nie obchodziła go krzywda, jaką mógł wyrządzić jego duszy.
Położył dłoń na czole inkwizytora, kątem oka spojrzał, czy żaden z elfów nie stoi dostatecznie blisko, by go słyszeć i cicho wymruczał zaklęcie.
Jedyne wyrazy w języku elfów, jakie zdołał opanować. Dawno temu, ukradkiem zasłyszane podczas przesłuchiwania.


Xirdas, choć był elfem i jego twarz wciąż była młodzieńcza, liczył sobie sześć stuleci. Czas odcisnął piętno na jego włosach. Były całkowicie białe. W ciągu swojego długiego żywota zgromadził ogromną wiedzę na temat magii. Jego sprawność w rozkazywaniu Mocy przy użyciu zaklęć była znana szeroko wśród wielu elfickich plemion i sięgała daleko poza terytorium Szarych Płaszczy.
Niesamowity zbieg okoliczności sprawił, że był on obecny w lochu, przy przesłuchiwaniu jednego ze schwytanych inkwizytorów. Inkwizytorzy, w przeciwieństwie do zwykłych ludzi, byli zaprawieni w torturowaniu. Obustronnie. Wydobycie z nich jakichkolwiek informacji w ten sposób graniczyło z cudem. Dodać też należy, że kaci na usługach sowogórskiego księcia znacząco ustępowali umiejętnościami tym szkolonym przez Inkwizycję. Umieli zadawać ból, owszem, ale to potrafił każdy dureń. Torturujący za pieniądze księcia Gnieworada byli durniami wyjątkowymi. Zadali ofierze ból tak silny, że śmiertelny. Nie uzyskawszy wcześniej żadnej informacji.
Książę Gnieworad klął wściekle i był gotów skazać swych nieudolnych katów na równie bolesną śmierć, gdy odezwał się Xirdas.
- Wydobędę z niego te informacje. – powiedział spokojnym głosem – Dla dobra sprawy. Zrobię to tylko raz. Ale muszę być sam.
Książę Gnieworad spojrzał na elfickiego szamana.
- Nie chcę wiedzieć, jak, ale jeśli to zrobisz, zostaniesz sowicie nagrodzony.
- Książę, nie chcę być grubiański… - spojrzał znacząco na okaleczone ciało leżące na drewnianej pryczy – ale im szybciej do niego podejdę, tym większą mam szansę. Proszę, wyjdźcie. Użyję magii, której nie powinny oglądać ludzkie oczy. Zwłaszcza oczy kogoś, kto pragnie opanować Moc – spojrzał w kierunku Blizbora, który nie był w stanie ukryć podniecenia.
Wszyscy wyszli. Xirdas został sam w ciemnym pomieszczeniu, oświetlonym wyłącznie przez dwie przytwierdzone do ścian pochodnie. Szybkim krokiem zbliżył się do zwłok. Szybkim spojrzeniem zlustrował ciało, które było jednym wielkim strupem zakrzepłej krwi i obie smukłe dłonie położył na miejscu, które kiedyś było ludzką głową.
Skoncentrował się, jego ciało przeszyły dreszcze, gdy przepłynęła przezeń Moc, która skumulowała się w dłoniach. Wypowiedziane słowa odbiły się złym echem od ścian lochu. Xirdas był zbyt skupiony na zaklęciu, nie dostrzegł skrycie podsłuchującego człowieka.



Blizbor poczuł potężne dreszcze, Moc wypełniła jego ciało, gdy wypowiadał pradawne zaklęcie:
- Du’khamara’a d’vane’avagama’a’khid’nitya!
Poczuł, jak jego własna dusza opuszcza ciało i wnika w umysł Jakuba, dostając możliwość rozejrzenia się, niczym po komnacie, do której właśnie się wkroczyło.
Błysk.
Widział młodego chłopaka. Silnie zbudowanego i rosłego. Walczył z innymi, ciężkim palcatem, w przeciwieństwie do miecza całkowicie nie wyważonym. W jego dłoniach zdawał się być piórkiem. Nabijał nim sińce i guzy na ciałach towarzyszy. Czuł się szczęśliwy. I dumny.
Kolejny błysk.
Młody Jakub w kaplicy, klęczący przed wizerunkiem Ukrzyżowanego. Dłonie splecione, wzrok pełen skupienia i oddania. I pokory.
Znów błysk.
Jakub był związany. Mężczyzna odziany w tunikę inkwizytora, wyglądający niepozornie przy potężnym Jakubie, stał za nim i rytmicznie uderzał biczem. Krzyczał przy tym coś o posłuszeństwie wobec księży.
Błysk.
Gdyby Blizbor był w tej chwili w postaci fizycznej, zwymiotowałby. Ujrzał bowiem tłustego mężczyznę, który dawał upust swej chorej i wynaturzonej chuci, wykorzystując podrzędną pozycję i wytresowane posłuszeństwo silnego Jakuba. Czarownik rozpoznał na upiornej twarzy gwałciciela rysy pomorskiego prałata. Przeniósł wzrok na pełne bólu oblicze Jakuba.

- Przecież mogłeś go zabić!
- Nie mogłem…
- Nawet mimo tego, co ci zrobił?
- Nie zrozumiesz tego. Nigdy. To efekt wieloletniej tresury.
- A jednak go zabiłeś…
- Psa można wytresować. Człowieka nie.
- Umarłeś jako człowiek, inkwizytorze.
- Jesteś zadowolony z siebie, czarowniku?
- Słucham…?
- Użyłeś diabelskich mocy, by wniknąć w mą duszę...! Przejrzałeś mnie na wskroś!
- Mogłeś odpowiedzieć, gdy pytałem
- Pieprz się, czarowniku!
- Będę. Ale nie tak, jak ty.
- Chciałeś pastwić się nad mą duszą i kpić ze mnie? Jesteś żałosny!
- Moja wiara, w przeciwieństwie do twojej, nie zabrania mi dążenia do celu wszelkimi środkami. Moim celem było dowiedzieć się, czemuś zarżnął klechę.
- Nic nie wiesz o mojej wierze!
- Widzę, kogo z was robi. Bezwolne psy, dające się bezkarnie poniżać!
- Milcz! Nie znam natury twojej mocy, ale czuję, jak słabnie. Nie będziesz mnie tu trzymał przez wieczność. Tam, gdzie odejdę, będę szczęśliwy.
- Obyś był, Jakubie.
- Co…?
- Wiem, przez co przeszedłeś. Byłbyś zacnym człowiekiem, gdybyś zdołał uniknąć chrztu. Znakomitym wojownikiem. Szkoda, że walczyliśmy po przeciwnej stronie. Zaraz cię uwolnię. Nie jestem wcale taki żałosny. Użyłem tego zaklęcia, by poznać twoje motywy.
- I jesteś zadowolony?
- Z tego, co wiem, ani trochę. Ale cieszę się, że ten śmieć umarł.
- Uwolnij mnie… mam dość tego parszywego świata.
- Mogę coś jeszcze dla ciebie zrobić? Wziąć twoje ciało, dać je kapłanowi Ukrzyżowanego, aby pogrzebał je wedle waszego obrządku?
- Tak. Przyda mi się, gdy nadejdzie pora Zmartwychwstania. Weź moje ciało, podejdźcie pod grodową bramę i wołajcie kleryka Jędrka. On je od was weźmie. Da wam za nie tyle bursztynu, ile zechcecie. Weźmie też ciało tego śmiecia.
- Oczywiście. Zdajesz sobie sprawę, że z tego gnoja zrobią świętego? I męczennika? Jak kiedyś z Wojciecha?
- Nie chcę o tym rozmawiać! Uwolnij mnie, proszę…
- To ty zasługujesz, by oddawali ci cześć, Jakubie. Byłeś męczennikiem. Wy to kultywujecie…
- Nie chcę czci. Chcę spokoju. Uwolnij mnie…
- Uwolnię. Żegnaj, Jakubie. Raczej nie spotkamy się po drugiej stronie.
- Raczej nie, czarowniku. Żegnaj.



Blizbor ocknął się nagle. Ciężko łapał oddech, a na jego twarzy malowało się potworne zmęczenie.
- Nic mi nie jest… - powiedział do grupki zgromadzonych wokół elfów. – Wszystko w porządku, muszę tylko odsapnąć.
Odgłosy walki ucichły. Czarownik słyszał tylko głośne okrzyki triumfu. Uśmiechnął się.
- Dostali tęgi łomot, czarowyjcu! – krzyknął uradowany Ragnax, zbliżając się do Blizbora. – Wspaniała bitwa! Mam nadzieję, że ty też nie narzekałeś na nudę, co?
- Nie miałem zbytnio czasu na narzekanie – odparł czarownik z uśmiechem.
- Wieść, że inkwizytor, którego tu ubiliście, sam zarżnął grubasa, nim zdechł, obiegła już wszystkich, skoro nawet ja to usłyszałem – rzekł krasnolud, poważniejąc nagle i w zamyśleniu szarpiąc warkoczyki w brodzie. – Zastanawiające, dlaczego to zrobił, prawda?
- Nie mam pojęcia. – odpowiedział Blizbor spokojnie – Nie dowiemy się tego. Ale wydaje mi się, że ludzie z Gdańska i tak zapłacą okup. Choćby za martwych. Słyszałeś zapewne o historii Wojciecha, prawda? Dla chrześcijan trup klechy jest czasem cenniejszy niż żywy.
- Tak sądzisz?
- Co nam szkodzi podejść i spróbować się dogadać?
- Masz słuszność, czarowyjcu. – Ragnax uśmiechnął się chytrze – A gdyby tak uderzyć na gród…? Wielu moich chłopaków jest rannych, gładkolicy też poharatani. Ale gdyby tak wedrzeć się do środka, jak otworzą bramy, aby zabrać ścierwa klechy i inkwizytora…?
- To warte rozważenia, Blizborze. – wtrąciła Talviessa, która podeszła do nich. Upiorny makijaż elfki wyglądał jeszcze straszniej, gdy podeszła do nich, z twarzą i ubraniem brudnym od ludzkiej krwi.
- A może dałbyś radę wysadzić bramę magią? – zapytał Ragnax – Albo część umocnień. Zrobisz to z odległości większej niż strzał z łuku?
- Jeśli zajdzie potrzeba, możemy wyprowadzić pozorowany atak z innej strony, aby odwrócić uwagę obrońców – dopowiedziała znów Talviessa – podczas gdy ty uderzysz zaklęciem na bramę. Czy to w ogóle możliwe, Blizborze?
- Proszę, czarowyjcu, powiedz, że twoja moc ma taki wypizg.
Blizbor, wciąż zmęczony po wyczerpującym zaklęciu, z trudem był w stanie uwierzyć, że dwoje dowódców wzajemnie nienawidzących się ludów w tej właśnie chwili planuje dokonania wspólnego szturmu.
- Przykro mi – powiedział smętnie czarownik – Nawet będąc w pełni sił i maksymalnie skoncentrowanym, nie wyzwoliłbym mocy zdolnej wysadzić potężne umocnienia tego grodu.
- Niech to – Ragnax zmarszczył brwi, splunął, zaklął szpetnie i znów spojrzał na Blizbora – Spróbujmy więc wziąć gród podczas wymiany trupów na bursztyn.
- Zakładając, że będą chcieli martwego prałata – zaznaczyła Talviessa.
- Będą. – powiedział zdecydowanie Blizbor – obydwóch. I zapłacą. Musimy porozmawiać z klechą, który jest drugi w ichnim porządku.
Czarownik jakby nagle coś sobie przypomniał.
- Szrama!
- Co, gdzie, jesteś ranny? – zapytał niepewnie Ragnax.
- Szef gdańskiego cechu rzezimieszków. – wyjaśnił Blizbor – Ma jakieś powiązania z Sowogórskim wywiadem.
- Więc mamy kogoś w środku? – ucieszyła się Talviessa. – Hm, jesteś w stanie nawiązać z nimi kontakt? Aby byli w pobliżu bram i w kluczowym momencie wyeliminowali straże? Ewentualnie, wzniecili jakiś pożar czy cokolwiek innego, co odwróci ich uwagę?
- Nie wiem, jak ten Szrama wygląda. Nie znam też żadnego kontaktu. Jeśli dacie mi dzień na przygotowanie się, jutro za pomocą magii zmienię się w ptaka i wlecę za wały. Wtedy udam się do którejś tawerny. Znam odpowiednie hasła i odzewy, aby w takim miejscu odnaleźć ludzi z półświatka. Jeśli doprowadzą mnie przed oblicze Szramy, przekonam go, kim jestem i zdołają mi pomóc. Następnego dnia podejdziemy pod bramę, dokonamy wymiany i zdobędziemy bursztyn. Jeśli Szramie się uda, gród będzie przez chwilę otwarty. Ale pozostanie jeszcze straż grodowa.
- Nie może ich być więcej niż setka. – stwierdził Ragnax – powinniśmy dać radę.
- Więc dziś pilnujmy grodu. – zaproponowała Talviessa - Mamy kilka dni, nim przyjdzie odsiecz z Polski. Pilnujmy, aby nikt nie wydostał się na zewnątrz. Nie mamy dość wojowników, aby okrążyć cały gród, ale mogę wysyłać elfów na patrole. Będą zabijać każdego, kto opuści gród.
- A przez ten czas moje chłopaki zregenerują siły na bitkę. – dodał Ragnax. – I damy radę wziąć ten gród!
- To niezwykłe, jak wasze umiejętności się wzajemnie uzupełniają – zauważył Blizbor.
- Wszystko dla łupów. – Ragnax błysnął zębami w złym uśmiechu.
- I dla przelewania chrześcijańskiej krwi – upiorna twarz elfki wykrzywiła się w nienawiści.


Następny dzień był dla Blizbora przyjemnym zaskoczeniem.
Jeden z elfickich patroli napotkał Luxisa w towarzystwie jakiegoś agenta. Niziołek przekonał niezbyt przyjaznych elfów o swojej tożsamości za pomocą odwróconego krzyżyka, który nosił na szyi. Elfom znany był ten symbol i zaniechały ataku. Poza tym, rozkazano im zabijać wychodzących z Gdańska, nie zaś zmierzających w stronę grodu.
- Pewnie, że znam Szramę – powiedział niziołek, gdy siedzieli przy ognisku. – To całkiem niegłupi pomysł. Ty przefruniesz, ja się przekradnę. A elficcy harcownicy podenerwują straż. I zapuszczą czerwonego kura na podgrodzie. Świetne.

Kacper, zwany Makiem Polnym, miał możliwość zaobserwować prowizoryczne obozowisko sowogórskich wojsk. A właściwie wojsk elfickich i krasnoludzkich, dowodzonych przez sowogórskiego następcę tronu. Zaiste, dziwna to była kompania, prowadzona przez niezwykłego człowieka. Kacper poznał w Blizborze mężczyznę, który współuczestniczył w rzezi dokonanej w zajeździe. Dokonał też oględzin pobojowiska, mimo woli czując podziw wobec wojennej sprawności elfów i krasnoludów. Tarczownicy, rycerze, inkwizytor… nikt nie zdołał powstrzymać połączonych sił tych dwóch nieludzkich szczepów i to właśnie najbardziej przerażało barda. Chrześcijanie mieli stanowczo zbyt wielu wrogów, którzy działali teraz wspólnie. Podczas podróży z niziołkiem zdołał wydobyć zeń dostateczną ilość informacji, aby móc udawać szeregowego agenta. Na jego szczęście był tylko zwykłym agitatorem i nie musiał wiedzieć zbyt wiele. Toteż nikt nie zwracał na niego teraz większej uwagi i zyskał nieco swobody. Patrzył na potężnie ufortyfikowany Gdańsk, miał jednak obawę, że to zbyt mało, by powstrzymać zrodzoną z nienawiści żądzę podboju i krwi. Czuł, że nie da się zapobiec rzezi mieszkańców. Słyszał zresztą urywki rozmów toczone po polsku przez Blizbora z elfką i krasnoludem, którzy musieli być przywódcami obu grup bojowych. Mówili coś o ostatecznym przypieczętowaniu sojuszu krwią Gdańszczan.


skomentuj (10)

Rozdział VI. Póki co, ostatni. Czekać grzecznie na kolejne. Jeszcze w tym roku. 2009-12-05 17:37:46

Widok starannie ogolonej twarzy, troskliwego spojrzenia błękitnych oczu i równo ściętych jasnych włosów był pierwszym, jaki ujrzał niziołek po przebudzeniu. Najgorszy etap zejścia miał już za sobą, więc od razu skojarzył, kto mu się przygląda.
- Jak się czujesz? - zapytał Kacper. - Długo spałeś, pewnie chce ci się pić, zgadłem?
Bystry, jak na barda, pomyślał Luxis i chciwie przywarł wargami do bukłaka. Jego grdyka podskakiwała raźno, gdy głośno przełykał kolejne porcje zimnej wody.
- O tak... - rzekł, odłożywszy bukłak. Otarł rękawem usta i spojrzał na minstrela. - Nie wszystko pamiętam dokładnie... - zaczął ostrożnie. Mocne gówno, muszę brać to oszczędniej, dodał w myślach.
- Pamiętasz jatkę w starogardzkim zajeździe?
- Jedna z lepszych, jakie urządziłem. - odparł z dumą w głosie, choć nie pamiętał wielu szczegółów.
- Nie wątpię. - zgodził się Kacper. - Położyć w kilka oddechów pięciu żołnierzy... - w jego głosie brzmiał podziw. - Nigdy nie widziałem nic podobnego.
Luxis z wielkim trudem opanował zdziwienie. Pięciu...? Naprawdę mocne gówno. Dalej jednak trzymał pozę.
- Ale z pewnością słyszałeś. - duma ustąpiła miejsca pysze. - Każdy w Sowiejgórze o mnie słyszał. I raczej wszyscy w północnej i środkowej Polsce.
Kacper zawahał się. Przypomniała mu się zasłyszana przed paru laty opowieść o karle z nożem, który wywlókł przed zajazd jakiegoś człowieka i skatował go na oczach wszystkich. Opowiadał mu to znajomy wykidajło, który zwyczajnie bał się zbliżyć do, jak to określił, "małego potwora z nożem". Wewnątrz zajazdu leżało pięciu zadźganych żołnierzy, a druh, który o tym opowiedział, zrezygnował z pracy po tym wydarzeniu. Postanowił zostać rozbójnikiem. Bezpieczniejsze zajęcie, tłumaczył.
- Masz szczęście do pięcioosobowych oddzialików - parsknął z cicha. Parsknięcie kosztowało go wiele wysiłku, musiał przysiąść obok niziołka, by ten nie widział, jak bardowi trzęsą się kolana. - Te psy sprawiłyby się ze mną ostro, gdyby nie ty. Dzięki.
- Szrama wypłaci mi premię za wyciągnięcie twojej dupy z bajzlu. - Niziołek z każdą chwilą dochodził coraz bardziej do siebie. - Ty już mi się odpłaciłeś, ratując przed bolesnym zjazdem.
Szrama? To jakiś jego przełożony? Kacper zaczął myśleć gorączkowo. Znajomość tej ksywy dawała mu już jakiś punkt zaczepienia. Musiał działać szybko, póki nie wyszło na jaw, że nie ma pojęcia, o czym się do niego mówi.
- Jak rozumiem, należysz do tych... - Luxis usiłował przypomnieć sobie słowo - Agitatorów, tak?
Mak Polny momentalnie przytaknął.
- Słyszałem, że płacą wam, wierszokletom, za szczekanie na kościelny ład.
Kacper uśmiechnął się w duchu, gdy skinięciem potwierdził słowa niziołka.
- Szczekałeś za głośno, jak rozumiem - parsknął Luxis. - Szrama nie przydzielił wam ochrony?
- Moja ochrona zdychała przy pręgierzu - wypalił bez zastanowienia bard, przypomniawszy sobie obraz i smród skatowanych ludzi pozostawionych na żer krukom i muchom. - Nie zdążyłem się z nikim skontaktować, aby ich odbić. Starogardzki komes nie zwykł trzymać skazańców zbyt długo w lochu, od razu dał ich męki.
- Pewnie dali ci żółtodziobów - prychnął Luxis z pogardą.
Kacper nie odpowiedział. Cały czas czekał skoncentrowany, usiłując wyłapać ze słów niziołka kolejne szczegóły, które mogłyby okazać się pomocne w konfabulacji.
- Wydaje mi się, że musimy na jakiś czas wsiąknąć i nie pojawiać się w tej okolicy. - stwierdził Luxis - Kto wie, czy nie wyłapią wszystkich bardów z okolicy i nie nabiją na pal paru niziołków. Będzie z tej jatki pożytek dla społeczeństwa. - dodał, krzywiąc się w okrutnym uśmieszku - Bez urazy, oczywiście.
Jeśli Kacpra cokolwiek uraziło, nie dał tego po sobie poznać.
- Mogę zrozumieć, że nie przepadasz za ludźmi mojej profesji. - rzekł krótko. - Ale czy śmierć twoich pobratymców jest ci obojętna? - zapytał po chwili.
- Gówno mnie obchodzą ci durnie, których całym sensem życia jest hodowla warzyw w przydomowych ogródkach i śpiewanie kretyńskich piosenek na rodzinnych uroczystościach! - odparł Luxis w nagłym przypływie gniewu - Nie porównuj mnie z tymi żałosnymi słabeuszami, którzy nic nie wiedzą o życiu!|
Sierota, odgadł w mig bard. Znał się nieco na ludziach i na podstawie tej krótkiej wypowiedzi był w stanie wywnioskować, że ma przed sobą osobę, która nigdy nie zaznała rodzinnego ciepła ani opieki. Mógł tylko zgadywać, z jakich powodów siedzący przed nim niziołek wychowywał się na ulicy.
- Nie śmiałbym, wybacz. - odpowiedział szybko Kacper, chcąc uniknąć rozzłoszczenia swego rozmówcy.
- Tak czy siak, bierz tyłek w troki. - rozkazał Luxis, zrywając się na równe nogi, jakby zupełnie zapominając o paskudnym bólu głowy. - Odstawię cię do Szramy, zgarnę premię, postawię ci piwo za pomoc i więcej się pewnie nie zobaczymy.
Kacper pobladł na twarzy. Ten niziołek chce go doprowadzić do kwatery ludzi, z którymi żaden porządny człowiek nie chce mieć nic wspólnego. Był pewien, że zginie na miejscu, gdy ten cały Szrama spojrzy na niego i nie rozpozna w nim żadnego ze swych ludzi.
- O ile pamiętam, Szramę ostatnio widziano w okolicach Gdańska, tak? - zapytał Luxis i zanim zaskoczony pytaniem bard zdążył cokolwiek zełgać, dodał: - Ale skąd ty masz to wiedzieć? Gdyby każdy bard wiedział takie rzeczy, sowogórska siatka dawno by się rozsypała. Zatem ruszamy do Gdańska. Mój dobry przyjaciel ostro tam sobie w tej chwili poczyna. - Luxis zachichotał.




Ścibor najzwyczajniej w świecie nudził się. Razem z dwiema dziesiątkami innych wojów, którzy odnieśli rany w kilku potyczkach, dochodził do siebie w ukrytej głęboko w borze kontynie Świętowita i czekał na wezwanie do wyprawy przeciwko Polsce, o której wszyscy plotkowali. Jedynie to oczekiwanie powstrzymywało go od popadnięcia w letarg. Nawet nadchodząca Kupała, którą prawdopodobnie spędzi tutaj, nie poprawiała mu nastroju. Zdążył już zbałamucić niemal wszystkie młodziutkie kapłanki, kosztowności, jakie miał, przerżnął w grze w kubeczki, a permanentny brak piwa powodował w nim głęboką frustrację.
Co tu dużo mówić, Ścibor czuł, że powoli, acz nieubłaganie, gnuśnieje. Przestały go bawić nawet eksperymenty z akustyką w różnych częściach chramu, doszedł do smutnego wniosku, że puszczane wiatry wszędzie brzmią tak samo.
Sądził, że takie rzeczy zdarzają się tylko w dobrych opowieściach snutych w długie zimowe wieczory przy kubku piwa, ale okazało się, że życie również potrafi wyczuć odpowiedni moment. Odpowiednia chwila w osobie białobrodego żercy pojawiła się w wejściu do izby, w której przebywało dwudziestu mężczyzn.
- Słudzy krzyża tu idą! - krzyknął starzec - Gotujcie oręż, dzielni woje!
W izbie zawrzało, ekscytacja, zaskoczenie, niedowierzanie i tuzin innych uczuć w mig wyparło nudę i odrętwienie.
- Słyszeliście, chłopcy. - Ścibor najszybciej zerwał się z posłania. - Mili ludzie przyszli zapewnić nam trochę ruchu przed Sobótką! Zbierać dupska!
Z wnętrza przysadzistego, drewnianego budynku wysypała się dwudziestka wojów w pełnym rynsztunku. Nerwowo ściskali topory i miecze, groźnie łypiąc oczyma spod szyszaków. Gdy na swoich ciałach poczuli ciężar kolczug i wzmocnionych metalowymi łuskami skórzanych pancerzy i ujęli w dłonie dwadzieścia jednakowych tarcz z krwistoczerwonym symbolem solarnym na śnieżnobiałym tle, poczuli orzeźwiający zew nadchodzącej walki.
Z wysokiej, przypominającej wieżę konstrukcji stojącej naprzeciwko izb mieszkalnych dla wojów wybiegło dziesięciu elfów z łukami i przypasanymi mieczami.
- A skąd tu elfy? - zapytał Ścibor, w nadziei, że któryś z nich rozumie po ludzku.
- Wędrowaliśmy przez ten bór do jednego z obozowisk niedaleko waszego kraju. - odezwał się elf będący najwyraźniej przywódcą całej grupki. Słowa brzmiały w jego ustach obco, ale zrozumiale. - Przez las bezpieczniej, jak wiecie. Zmierzając tu, dostrzegliśmy dużą grupę Polaków. Coś z pół setki żołnierzy i trzech inkwizytorów. Będę tu krócej niż za godzinę.
- Na Peruna... - Ścibor powiódł wzrokiem po swoich towarzyszach, następnie przeniósł go na elfów i na wychodzącego z kontyny starego żercę w białej szacie. - Czy to oznaka nadchodzącej wojny?
- Któż to wie, synu - choć kapłan szedł zgarbiony i podbierał się długim kosturem, na którego końcu wyrzeźbiono cztery głowy, jego głos brzmiał mocno i pewnie. - któż to wie? Słudzy krzyża wiedzieli o naszej malutkiej świątyni w tym borze, wiadome im też było, że wielu prostych ludzi po wyjściu z ich kościoła wraca do nas. Nigdy jednak nie próbowali zniszczyć tego miejsca. Bali się wkroczyć w mroki lasu, nie wiem, co ich tu pchnęło. Mam jednak nadzieję, że dzięki waszemu męstwu i wparciu Peruna wśród tych drzew spoczną ich kości.
- Tak uczynię, lub zginę, próbując.
Wszyscy żercy udali się do kontyny, z której uprzednio wybiegły elfy, aby przed kamiennym obliczem czworolicego boga oddać się modłom o zwycięstwo. Prosili Świętowita, aby ciosy słowiańskich wojów i ich elfickich sojuszników były celniejsze, a otrzymywane przez nich obrażenia łagodniejsze. Modlili się o błogosławieństwo.
Posąg stał, a kamienne twarze nie wyrażały nic.
Tylko cień rzucany przez boga tańczył dziko w rytm płomieni trzaskających w wielkim palenisku.

Łukasz uspokajał się. Wyciszał przed walką. Las stawał się rzadszy z każdą chwilą i nie minęło wiele czasu, gdy Łukasz razem ze swoim oddziałem wkroczył na niewielką polanę. Otwarta przestrzeń odgrodzona od świata ścianą lasu.
Czekali na niego. Było oczywiste, że przeklęci żercy jakoś odkryją jego nadejście. Łukasz nie miał jednak pojęcia, że napotka zwartą grupę wojów w pełnym rynsztunku. Gdy ujrzał elfy z gotowymi do strzału łukami, wściekł się.
- Żołnierze, tarcze! - z chwilą, gdy wykrzyczał te słowa, elfy zwolniły cięciwy.
Kilku ludzi wrzasnęło z bólu, nikt jednak nie zginął. Kościelni żołnierze dzięki swojemu wyszkoleniu szybko utworzyli zwartą ścianę tarcz, za którą Łukasz i dwóch pozostałych inkwizytorów mogło się ukryć. W równym szeregu kroczyli przez polanę, pokonując dystans dzielący ich od wojów. Posiadali ponad dwukrotną przewagę liczebną nad przeciwnikiem. Nie docenili jednak celności elfickich łuczników, którzy rozproszyli się i otoczyli Polaków ze wszystkich stron, znajdując coraz więcej luk w murze z tarcz. Kolejni żołnierze, zupełnie jak cegły, odpadali z kruszącego się monolitu. Większość z nich była wciąż żywa, kolczugi dobrze osłaniały ich przed strzałami, jednakże paskudne rany otrzymane w ramię lub w nogę skutecznie eliminowały ich z dalszej walki.
Łucznicy okaleczali kościelnych żołnierzy z wyrachowaniem i sadyzmem. Nim Łukasz zdążył przegrupować siły i rozdzielić swój oddział, stracił dziesięciu ludzi, a kolejnych kilkunastu było lżej lub ciężej rannych. Wtedy do ataku ruszyli słowiańscy woje.
Łukasz oderwał się od głównego zwarcia, parując atak jasnowłosego woja i otwierając mu wnętrzności szerokim cięciem długiego miecza. Zanim doskoczyli do niego kolejni, kilku żołnierzy osłoniło go i przejęło na siebie impet natarcia. Łukasz w tym czasie pobiegł w kierunku najbliższej grupki czterech elfów, które wciąż wspierały pogan ostrzałem. Gdy zdały sobie sprawę, kto na nich biegnie, wycelowały w Łukasza groty strzał, lecz było już za późno. Inkwizytor zacisnął dłoń w pięść, skoncentrował swoje myśli i potężnym psionicznym uderzeniem powalił czterech przeciwników. Dobiegł do nich i zaszlachtował ich, nim zdążyli się na dobre pozbierać. Ostatniego z czwórki, który próbował powstać z kolan, powalił potężnym kopnięciem i przygwoździł mieczem do ziemi. Kątem oka dostrzegł, jak dwaj pozostali inkwizytorzy idą za jego śladem i pozbywają się kolejnych łuczników. Został tylko jeden nieopodal Łukasza. Nie miał już strzał.
Przywódca grupki elfów, widząc zmierzającego ku sobie inkwizytora z mieczem w dłoni, dobył własnego oręża i ruszył do ataku, starając się przezwyciężyć rodzący się w sercu strach. Ciął szybko, po skosie, napotykając zasłonę. Zawinął mieczem nad głową, atakując z przeciwnej strony, z podobnym efektem. Inkwizytor cofnął się, zbijając kolejne cięcie od dołu i skontrował z szybkością, która zaskoczyła nawet elfa. Łukasz z niemałym wysiłkiem sparował szybką serię cięć i sztychów, które spadały ze wszystkich stron. Elf zdawał sobie sprawę, że jego jedyną przewagą może być refleks i sprawniejsza praca nóg, wynikająca z wrodzonej zwinności.
Nie docenił techniki przeciwnika. Gdy padał na zieloną trawę, brocząc obficie krwią z przerąbanego obojczyka, nie czuł już bólu. Szare oczy zakryła mgła.
Łukasz oderwał wzrok od martwego elfa i rozejrzał się w poszukiwaniu kolejnego przeciwnika. Napotkał wzrok jednego z wojów, ciemnowłosego, z blizną na policzku i wściekłością w oczach.


Ścibor razem z towarzyszami zderzył się z tarczownikami i początkowa walka polegała na starciu dwóch całych formacji. Dopiero po pewnym czasie i paru trupach po obu stronach przerodziła się w szereg mniejszych potyczek. Ścibor zdawał sobie sprawę z liczebnej przewagi przeciwnika i bił się za trzech, aby móc ją zniwelować. Kolczuga chroniła go przed wrogimi ciosami, a sprawność w rąbaniu mieczem i uderzaniu krawędzią tarczy w głowę sprawiła, że szala przechyliła się na stronę obrońców kontyny.
Wtedy jego spojrzenie skrzyżowało się ze wzrokiem ponurego mężczyzny w tunice inkwizytora.
Ścibor zastawił się tarczą, przyjmując na nią potężne uderzenie mieczem, wyprowadzone znad głowy. Polegając na swoim refleksie i sprawności odbił jeszcze dwa podobne, zadane pod różnym kątem. Jego przeciwnik był drobniejszej postury i pozbawiony pancerza poruszał się szybciej niż opancerzony woj. Ścibor był pod wrażeniem oręża, jaki dzierżył walczący z nim inkwizytor. Długi miecz o smukłym ostrzu i rękojeści pozwalającej trzymać broń jedną lub obiema rękoma. Musiał być znakomicie wyważony, zważywszy na niezwykłą swobodę i zręczność z jaką inkwizytor się nim posługiwał. Po wymianie kilku kolejnych uderzeń okazało się, że to najsprawniejszy człowiek, z jakim Ściborowi kiedykolwiek przyszło się zmierzyć.
Łukasz mimo woli czuł szacunek do człowieka, którego właśnie usiłował pozbawić życia. Zadawał ciosy najmocniej i najszybciej, jak potrafił, a słowiański woj wychwytywał wszystkie na swoją ozdobioną symbolem solarnym tarczę. Ścibor zbił mieczem ukośne cięcie i nagłym, umykającym oczom ruchem wyrzucił przed siebie tarczę, uderzając jej okrągłą krawędzią o głowę inkwizytora.
Łukaszowi pociemniało przed oczami, na plecach poczuł twarde uderzenie ziemi. Zawieszony na szyi wisior w kształcie miecza silnie zawibrował. Ścibor nie tracił czasu i z okrzykiem triumfu ciął powalonego przeciwnika. Poczuł, jak jego ostrze wrzyna się w ciało osłonięte jedynie tuniką.
Inkwizytor otworzył oczy i zobaczył, jak słowiański woj przecina mieczem leżącego człowieka... Przecina jego samego! Leżał kilka kroków obok i patrzył na ten widok, nic nie rozumiejąc. Czuł pulsowanie medalionu coraz mocniej. Ostatkiem sił zachowując zimną krew, oddalając cisnące się na usta wątpliwości, zacisnął dłonie na rękojeści miecza, wstał i ciął w równie zdumionego wroga.
Ścibor patrzył ze zgrozą, jak przecięte ciało inkwizytora rozmywa się, niczym we mgle, a jego własny miecz tkwi w trawie. Nie miał szans obronić się przed potężnym cięciem z niespodziewanego kierunku. Padł, brocząc krwią z kikuta po odrąbanej tuż przy udzie nodze. Umarł z wyrazem niezrozumienia zastygłym na twarzy.
Zaskoczenie, euforia, poczucie ogromnej mocy i tysiąc innych doznań uderzyło w Łukasza jednocześnie z siłą gromu. Czuł moc przepełniającą jego całe ciało. Odkrył, że zabijając przywódcę słowiańskich wojów, zabił też ich ducha walki. Nie minęło wiele czasu, nim jego przetrzebieni i ranni, ale zwycięscy żołnierze wznieśli gromki okrzyk triumfu.
- Bóg z nami!
- Gloria Dei! - wrzasnął jeden z pozostałych inkwizytorów i włożył w ten krzyk całą siłę, jaką zdolny jest wykrzesać z siebie ciężko ranny w ramię człowiek. Drugi inkwizytor nie odniósł poważniejszych ran, a krew na jego mieczu świadczyła o tym, że sam nie próżnował.
- Przed nami miejsce kultu tych psów! - Łukasz mieczem wskazał stojącą przed nimi kontynę. - Szykujcie pochodnie!
Nim wykonano jego rozkaz, z chramu wyłoniły się trzy odziane na biało sylwetki. Łukasz rozpoznał w nich żerców.
- Odejdźcie stąd precz, sługi fałszywego boga! - wrzasnął potężnym głosem najstarszy z kapłanów - Odejdźcie, nim spadnie na was gniew prastarych bogów!
Łukasz parsknął tylko śmiechem, ścisnął mocniej miecz i ruszył w kierunku żerców. Przed niego wybiegł inkwizytor, który wcześniej nie odniósł znaczących obrażeń i z wściekłym rykiem runął na trzech kapłanów.
Korzenie, które go oplątały, wystrzeliły zupełnie niespodziewanie. Po prostu nagle, w biegu, chwyciły go podstępnie za nogi i unieruchomiły. Tajemna magia żerców sprawiła, że korzenie pięły się w górę, owijając wokół witalnych punktów na ciele swej ofiary. Inkwizytor umierał boleśnie, dusząc się, gdy gruby korzeń zacisnął się na jego szyi.
- Nie ważcie się iść dalej, o ile nie chcecie skończyć, jak on!
Łukasz zatrzymał się w pół kroku. Żołnierze za nim czekali, niepewni tego, co mogłoby się wydarzyć.
- Odejdźcie stąd! - krzyknął żerca ochryple - Odejdźcie i czcijcie swojego boga z dala od tego miejsca!
Wisior drgnął z niespotykaną wcześniej siłą. Łukasz zacisnął pięść i cisnął w żerców potężną falą mocy. Cała trójka padła, jak od potężnego podmuchu wiatru.
Inkwizytor nie tracił czasu, dobiegł do próbujących się podnieść żerców i ciął ich zamaszyście.
- Pomiot... z Artefaktem... - wyharczał siwobrody żerca słabym głosem. - Nie zaznasz spokoju pod jarzmem krzyża... - nie zdołał dokończyć, sztych miecza opadł mu na krtań, uciszając go już na zawsze.
- Na co czekacie, durnie? - krzyknął na milczących żołnierzy? - Spopielić mi to wszystko, ale już!
Stał, zdawał się przeglądać w ścianie płomieni niczym w zwierciadle. Obserwował, jak miejsce prastarego kultu pożera chciwie ogień. Skupił się wyłącznie na nim, stał na tyle blisko, by czuć bijący odeń żar. Żar silniejszy, niż słowa kapłana. I drganie wisiora.


skomentuj (1)
Wyryj swe runy
Głosowanie
http://img402.yfrog.com/img402/1710/3obrazek46.gif
Blog Roku 2009 Gorąco zachęcam do kliknięcia. I chętnie wygram w kat. 'blogi literackie'.

Coś o mnie.
Mój last.fm Pozwolę sobie na odrobinę lansu i pochwalę się gustem muzycznym. Zamiast tradycyjnego 'o mnie'.

Ciekawe, dające do myślenia. Moim zdaniem, rzecz jasna.
Yngvild, Siostra z Nordlandu. Z pewnym bólem, ale i dumą, przyznaję - pisze lepiej ode mnie, choć w innej formie.
Burzum Warto przeczytać, co wyklęty "satanista" i "nazista" sam ma do powiedzenia na swój temat.

Tam, gdzie sagę mą opluli lub na piedestał wznieśli.
Szekspirowskie Oceny Oceniać, albo nie oceniać? Oceniać!
Ława Przysięgłych. W oczekiwaniu na okrutny wyrok.
Wulkaniczne Oceny. Mam nadzieję, że ocenią mnie ogniście i gwałtownie. Nazwa zobowiązuje.
Krytyka Literacka. ...niczego bardziej nie pragnę.
Opinions. Kiedyś mnie uprzejmie zaprosiły w komentarzach. Równie uprzejmie się zgodziłem.
Oceny Blogowych Opowiadań Tytuł mówi sam za siebie. Ciekaw jestem, jak wypadnie moje na tle innych.
In My Opinion. I'm looking forward to find out how my writing looks like In Her Opinion. :)
Poczochrane oceny opowiadań. Z chęcią się dowiem, jak 'poczochrają' moje wypociny.